#350 Chlebowy test Volvo V60 DRIVe

O Volvo muszę pisać dość ostrożnie, bo to ulubiona marka Ryby. Dacie wiarę?! Dla mnie to jest taki mega skandal i potwarz, że od sierpnia śpię w salonie. Tyle indoktrynacji, tyle mentorowania – a ona nadal za Volvo.

Niedawno znalazłem w chlebie włos. Wyciągnąłem go z ust – był taki przyrumieniony, elegancko zapieczony, raczej nie łonowy – i się zamyśliłem. Dla mnie to drobiazg, nie jestem obrzydliwy, kanapkę dokończyłem. Ale znam takich, którzy w tej chwili byliby już po obustronnym wypróżnieniu, przytuleni na klęczkach do porcelany.

To Volvo V60 jest niczym chleb z włosem – pięknie wygląda, bardzo soczyście pachnie, aż chce się do niego podchodzić i podchodzić, i znów podchodzić – by się przyglądać, by się napawać. Aż w końcu wsiadasz, ruszasz… i czujesz w ustach włos. Ale gdzie tam, no żeby tylko jeden. Bo weźcie posłuchajcie teraz.

“Wisząca” konsola środkowa to znak rozpoznawczy nowych volvonów. Ale szczerze mówiąc, z miejsca kierowcy w ogóle tego, że ona wisi, nie widać. To trochę tak, jakby cały marketing wnętrza oprzeć o haft na siedzeniu. Śliczny, gdy patrzysz z zewnątrz. Kompletnie nieistotny (bo niewidoczny), gdy siadasz na nim tyłkiem.

Ale problem z konsolą nie tkwi w tym, że jej głównej atrakcji nie widać. Ani nawet w tym, że tej półki pod nią nie ma jak wykorzystać (a ja dodatkowo miałem tam – uwaga! – alkomat – ale o tym za chwilę). Problem jest w tym, że ona rani kolana. Jej krawędzie są ostre, bo ten srebrny plastik nie jest nijak po bokach wykończony.

Nie przypominam sobie, kiedy jeździłem autem, które by mnie tak w prawe kolano uwierało. Ostatnio to było chyba służbowe Mondeo kolegi, który błysnął inteligencją repa i sobie CB przy nodze zamontował. Pamiętam, że nawet po operacji łękotki nie mógł skojarzyć faktów i twierdził, że te rany i obrzęki na prawym kolanie to mają podłoże genetyczne.

Drugi włos to przyciski na kierownicy, które… no w to już mi na bank nie uwierzycie… które nieprzyjemnie parzą dłonie. One się non stop świecą i ten plastik na nich się nagrzewa.

To nie jest tak, że Ci się bąble robią na kciukach, ale to ciepło jest wyczuwalne i nieprzyjemne. To strasznie głupie uczucie musieć uważać na to, jak się trzyma kierownicę. Czegoś takiego doświadczyłem chyba tylko w Giuletcie – ale tam z kolei ozdoby na kierze miały ostre krawędzie i przy leniwym manewrowaniu haratały w gałę paluchy.

Trzeci włos to pozycja za kierownicą, a właściwie architektura deski rozdzielczej. Nie chodzi o to, że jest zła – ona jest po prostu kompletnie nieadekwatna do tego, jak V60 wygląda z zewnątrz. Ten samochód jest śliczny, dynamiczny i pięknie proporcjonalny. Małe szyby sugerują gangsterską pozycję – nisko i głęboko, tak by istotne dla życia organy były schowane przed postrzałem za środkowym słupkiem.

Ale wszystko psują zegary – są umieszczone tak, że masz je zamiast przed sobą, to gdzieś w okolicach kolan. Takie są odczucia. I to powoduje, że auto nabiera trochę emeryckiego charakteru – pozycja dość wysoka i zegary nisko, czyli masz wrażenie wypadania z auta przez przednią szybę – nic, tylko włożyć kapelusz, wieniec na tylną półkę, znicze do bagażnika i… wiadomo.

Jednemu włos w chlebie apetyt odbierze, inny zaś przełknie go bez popijania. Jak patrzę na nasze warszawskie ulice, to tych Volvonów jest jak mrówków, więc chyba do obrzydliwych się nie zaliczamy.

– Czepiasz się na siłę – powiedziała Ryba zaglądając mi przez ramie. – Pisząc takie rzeczy specjalnie robisz mi na złość.

Zamknąłem lapto

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

pa i poszedłem to toalety. Od wakacji śpię w salonie, więc przesadnie miły być nie muszę. Poza tym tutaj zawsze mam spokój i to stąd właśnie najczęściej do Was bloguję. Gdybym dziś kupował domenę, wybrałbym AutoPorcelana.pl.

Jeszcze o dwóch słabych rzeczach muszę napisać. To nie są włosy w chlebie – raczej grudki soli, które albo przełkniesz, albo rozgryzając stracisz plombę.

Pierwsza sprawa to wizerunek kontra odczucia. V60, jak już pisałem, wygląda naprawdę genialnie. Wydaje się być takie agresywne, zwarte i sportowe. Jednak jeździ zupełnie inaczej – sprawia wrażenie trochę delikatnego, trochę zbyt komfortowego, trochę zbyt izolującego.

Ryba była nim naprawdę zachwycona – twierdziła, że fotele i ogólny komfort przewyższają piątkę, którą jechaliśmy do Monachium. Ja też w trasie wolę auta komfortowe, ale tutaj coś mi nie grało – chyba ten dysonans poznawczy.

Gdyby to V60 wyglądało jak jakiś nudny sedan, Wartburg dajmy na to… a tak miałem świadomość jazdy pięknie i agresywnie narysowanym autem, a moje zmysłu odbierały je jako trochę bezosobową limuzynę z wysokim środkiem ciężkości, niezbyt gadającym do mnie układem kierowniczym i silnikiem… ale o nim za chwilę, bo akurat jego totalnej niemocy wcale nie odbierałem jako wady.

Druga sprawa to jakość. Poza ostrymi krawędziami konsoli środkowej i grzejącymi się guziorami na kierze większych zastrzeżeń nie mam. Ale coś jest w tym aucie nie teges. Podobno Volvo V60 to nie jest konkurent Forda Mondeo – to jest ponoć ta sama liga co Audi A4, BMW 3 czy Mercedes klasy C. A guzik – otóż absolutnie nie. V60 organoleptycznie – tak na dotyk, zapach i smak jest niżej, zdecydowanie niżej.

Być może gdyby pobrać pipetą próbki materiałów ze wszystkich tych aut, to testy chemiczne wykazałyby identyczny skład, masę molową i zawartość dwupiardków nadglutanu. Ale liczy się to, co mówią zmysły – ich nie oszukasz. A one Volvo V60 stawiają trochę wyżej niż Mondeo i Insignię, ale na pewno nie w jednej lidze z niemiecką trójcą.

Coś jest w V60 nie tak, jak być powinno. Rysunek deski jest zbyt ascetyczny, te płaszczyzny pod szybą zbyt wielkie – to jest po prostu na dłuższą metę brzydkie.

Rozsiane po aucie przyciski wydają się być przypadkowe – te na kierownicy są jakby z innej bajki, niż te na konsoli centralnej – wyglądają inaczej, klikają inaczej, w dotyku są inne. Zegary z bliska są ładne i misternie wykonane, ale z pozycji kierowcy wyglądają tak, jakby miały zeza lub jakieś poważne schorzenie wzroku.

No i ta faktura i kolor plastików (tych górnych) na desce rozdzielczej – mimo że były czyste jak diabli, wyglądały na przykurzone i wyblakłe. Ktoś w tym modelu nie zadbał o detale i inne zakamarki. A co w zakamarkach tkwi, to wszyscy wiemy – włosy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I to wszystko, co złego mogę o tym V60 napisać. Dalej nie musicie czytać, bo będę chwalił – a to przecież nuda, nie ma to jak hejt. Może i lekki, ale zawsze hejt.

Pierwszy plus za silnik. Chyba nigdy w życiu nie jeździłem czymś tak powolnym i leniwym. Wiem wiem, Polonez jest wolniejszy. Ale w Poldonie silnik tak wyje, że masz wrażenie wchodzenia w WARP4 już na trójce. Tutaj była cisza, jakbyś stał w miejscu. Bo praktycznie stałeś.

1,6 litra w dieslu, 115 koni, a auto dosyć spore. Czemu więc mi się podobało? Bo to jest jedyny znany mi nowoczesny silnik diesla, który zachowuje się tak, jak diesel powinien się zachowywać. Ropniaki nie są po to, by redukować, zapindalać, czipować i iść 300. Ropniak ma kruzować w trasie i nic nie palić. Volvon po zatankowaniu do pełna pokazał “1240 km do pustego zbiornika”.

Po powrocie do domu (przejechane prawie 600 km, w aucie spędziliśmy ponad 10h) spalanie wyniosło poniżej 6 litrów (pełen bagażnik, sporo czasu w trasie + bardzo dużo krótkich jazd na zimnym oleju po wybojach i pod górę) i nadal mieliśmy jeszcze ponad połowę baku.

Mam Samsunga Galaxy Nexus, tego krzywego – genialny telefon z tragiczną (jak każdy smartfon) baterią. Wiele bym dał, by kosztem cienkości ktoś wstawił mu baterię 3 albo i 4 razy większą. To Volvo właśnie takie jest – wygodne, nowoczesne, śliczne – a dodatkowo na jednym tankowaniu może obskoczyć 18 cmentarzy albo 5 weekendowych wypadów do sanatorium.

Kolejna zaleta silnika to jego wpływ na kierowcę. Miałem auto w automacie, takim solidnym – ani zbyt szybkim, ani irytująco wolnym. I raz na trasie zebrałem się do wyprzedzania. Gdy zrównałem się z drugą osią naczepy TIRa, zwątpiłem i wróciłem na swój pas. I resztę podroży spędziliśmy z Rybą i Margolcią na przemiłej pogawędce, przekomarzaniu się i przeskakiwaniu z piosenki na piosenkę. Szczerze mówiąc, dziś już nawet nie pamiętam, czy w ogóle to ja podczas trasy Warszawa –> dinozaury w Bałtowie –> Kielce –> Warszawa prowadziłem, czy ktoś inny. Relaks, spokój, brak napinki i bezbolesne zużycie paliwa. Genialne auto rodzinne. Przegenialne.

Dodatkowo niezbyt niska pozycja za kierownicą ma jedną podstawową zaletę – na fotel wsiadasz, a nie się na niego walisz z wysoka. Więc ci się maciory nie fałdują i nie musisz przed ruszeniem rytuałów z “Dnia Świra” odprawiać. Dzięki czemu zawsze chce Ci się z auta wysiąść choćby po to, by zrobić mu zdjęcie w fajnej scenerii. Ot choćby na takim mostku:

Albo w takim jarze, po którym dawno temu biegał Allozaur:

Albo koło takiego przewiewnego domu:

Albo obok wielbłądów, które z ręki jadły i wcale nie pluły:

Niebywale przyjemnie spędziliśmy z tym Volvonem czas. Może nie do końca to zasługa auta a bardziej miejsc, w które nim pojechaliśmy. Bo mamy jakiś sentyment do Bałtowa, byliśmy tam już kilka razy.

Poza tym po raz pierwszy tak prawdziwie zwiedziłem Kielce. Zawsze się z tego miasta naśmiewałem, używałem go jako alegorii chały i zaściankowości – tymczasem to prześliczna miejscowość, prawdziwie prześliczna.

No i udało mi się na godzinę zgubić w labiryncie z kukurydzy, więc miałem czas, by pobyć tylko ze sobą. A nie od dziś przecież wiadomo, że przebywanie z kimś fajnym dobrze wpływa na samopoczucie.

A no tak – miałem napisać jeszcze o alkomacie. Otóż przed każdym uruchomieniem auta trzeba było weń dmuchnąć – inaczej nie odpalało. Totalny idiotyzm – nawet nie chce mi się tłumaczyć dlaczego. Poza tym, alkomat był tandetny (ukruszyła się krawędź) i tak samo tandetnie montowany w tej niepotrzebnej półce pod konsolą. Ani go wyjąć, ani z powrotem włożyć.

Gdy oddawałem auto dowiedziałem się, że jeszcze nikt opcji z alkomatem nie zamówił. No kurde nie dziwota – naprawdę głupio się czułem, gdy pod koniec dnia na parkingu przed parkiem dinozaurów tłum ludzi walił do swoich aut, a ja siedziałem w Volvo i wybałuszając gały dmuchałem w jakiegoś pilota do telewizora…

Dobra, nie ma co się silić na dłuższy tekst, trza brnąć do sedna.
Czy bym zatem chciał mieć to Volvo V60 Drive na własność? Nie, nie chciałbym. To auto nie jest w moim klimacie, mimo że jest prześliczne. Zbyt irytujące są te detale. Dziś, a od testu minęły ponad 3 miesiące, najlepiej pamiętam kolano podrażnione krawędzią konsoli centralnej oraz niemiłe pieczenie kciuków od rozgrzanych guziorów na kierze. Dopiero potem wspominam komfort i urokliwie miłą podróż.

Nigdy nie wiedziałem, co o Volvo V60 sądzić. Dziś już wiem – to fajne i solidne auto, ale nijak nie powinno się go do klasy premium zaliczać. Do subpremium lub middle-high jak najbardziej – ale w jednej linii z trójką, C-klasą czy A4 nie można go stawiać. Mimo, że tak pięknie i elegancko wygląda.

Dowiedziałem się również tego, że nie jest sportowe. Być może z jakimś silnikiem o mocy 200+ koni potrafi zedrzeć pasy z asfaltu – ale to niewiele zmienia – siedząc w tym aucie nie czujesz się jak w czymś zwartym i responsywnym.

Czy to są wady? Dla mnie to są takie włosy w chlebie – pysznym i zdrowym razowcu. Z tą tylko różnicą, że włosa wyjmę z ust i kanapkę dokończę – a tych drobnych wad i dysonansów z Volvo V60 nijak wyjąc się nie da – a ja do tych, którzy włos bez popijania przełkną, to się jednak nie zaliczam.

26 komentarzy

  1. Od kiedy to wielbłądy plują, hę? I pamiętaj, że dwugarbne to mutanty, prawdziwy Camel ma jednego garba. No i te na zdjęciach siakieś niedożywione…

    A wstawianie 115konnego diesla do sporego dość auta to moim zdaniem pomyłka. A potem się dziwią że Volvony mają opinię aut dla emerytów…

  2. @Camel: Gdyby w tym konkretnym przypadku, w takiej wielbłądowej oprawie, pierwszy komentarz napisał ktoś inny, to bym go wykasował czekają na Twój.

    Mały i słaby silnik to całkiem niegłupi pomysł – naprawdę on mocno luzuje i spuszcza napinkę w trasie. I nawet nieźle mi do tego Volvo pasował.

  3. No dobra, z tym silnikiem to może i racja. Przy agresywnej jeździe mogłoby całkiem kolana połamać ;)

  4. Ciekawa opcja z alkomatem jak dla mnie. Przynajmniej po pijaku nie pojedziesz, narażając siebie i innych. Chociaż mogliby to jakoś subtelniej zrobić. Nie wiem… Dmuchasz w środek kierownicy albo coś.

  5. Ja może o tym alkomacie…
    Widać trynd na horyzoncie i tylko patrzeć jak się to komuś w UE spodoba i ciach od nowego roku nowe wyposażenie obowiązkowe.
    Mam auto mocno elektroniczne i wszystkie gadżety psują się na potęgę, wszystkie czujniki bezpieczeństwa (radary, sensory) są wadliwe. Ten alkomat też się pewnie będzie psuł, a już na pewno po paru latach i wtedy co? nie pojedziesz?

    A druga sprawa to codzienne oblizywanie swojej śliny z dnia poprzedniego… super. A jak masz auto w firmowe to w ogóle bajka…

  6. Franz, co Wy tam palicie ? …

    Volvo/Volva zawsze darzyłem sympatią. Tak jak Saaby.
    Poza wersjami ze znaczkiem T5, żadne nie nadaje się do “latania”.
    Zresztą te auta nie były projektowane do tego celu.

    Apropos projektowania. Karoserię projektuje jeden zespół, a środek – drugi.
    Zarządowi podobał się środek, podobała się też sylwetka. A że jedno do drugiego słabo pasuje…
    Wiem, nie znam się :P

    tfu te włosy z chlebie, kurde z jednej piekarni chleb bierzemy chyba.

    Natomiast silnik, jest, dla ojca jadącego na weekend z rodziną i wyprzedzającego na trzeciego na podwójnej ciągłej, chyba troszku za słaby.

    Statystyczny ojciec musi mieć co najmniej 170KM do dyspozycji prawej nogi. Inaczej się przed tirem na zakręcie nie zmieści.

    Idealnym vovlonem było 850T5R w kombi. W kolorze czerwonym. Brałbym.

  7. @ alkomat – mam nadzieję, że wejdzie to do wyposażenia seryjnego. Jak i krótki test psychologiczny.

    Może w tej chwili volvon poszalał z tym starym urządzeniem. Są już (sprawdzone przez naszą policję) “świeczki”, w które tylko dmuchasz nie dotykając ustami.

  8. Do tego alkomatu dostałem cały schowek (ten pod łokciem) plastikowych ustników. Margolci tak się spodobały, że aż się jej do rąk poprzylepiały… i dziś nasza kotka non stop je spod szaf wyciąga i po domu za nimi lata. I wtedy wspomnienia otartego kolana odżywają.

  9. @ maxx304- nie pojedziesz? no co Ty, pijany by przeskoczył ten alkomat bez problemu, kompresorem podpiętym pod zapalniczkę by dmuchnął albo czymś innym. ale to musi śmiesznie wyglądać na jakimś parkingu pod blokiem czy sklepem jak sobie właściciel dmucha haha.

    ale tak właściwie to Volvo samo potwierdza że ten system jest kiepski. gdyby chcieli klientów chronić to montowaliby to w każdym modelu w standardzie bez opcji zrezygnowania, ale mają świadomość że nikt tego nie chce więc oferują go jako opcje której nikt nie kupuje. więc po co to w ogóle..

    wracając do samego auta, po przeczytaniu tego tekstu dochodzę do wniosku że o ile prawdopodobnie wśród obecnych tu Szwagrów nie wielu będzie wzdychać za takim V60, to gdyby spojrzeć na przekrój naszych rodziców dla wielu mógłby to być ideał.

  10. “To trochę tak, jakby cały marketing wnętrza oprzeć o haft na siedzeniu.”
    A już myślałem, że teściowa nie zażyła aviomarinu.

  11. Ładne to auto ale czułbym się w nim jak kot po steryzacji. Nie wiem dlaczego ale jakoś tak.
    Z tym alkomatem to może pomysł niezły ale wykonanie zupełnie bez sensu. Już to widze oczami wyobraźni jak codziennie rano wsiadam do auta i dmucham w alkomat a sąsiad wychodzący podobnie do pracy patrzy na mnie jak z pożałowaniem odpalając swojego VW. Albo opcja nr2 wysiadam z auta i widze że krzywo zaparkowane to wsiadam i znowu dmucham.
    Opcja 3, daje auto żonie i gaśnie jej na światłach to dmucha na szybko żeby
    ruszyć i nie blokować ruchu. Przykłady można mnożyć, już o dmuchaniu przez pasażera nie wspomne.

  12. Kurde, Blogo, jutro kierownicę w Giulietcie wymacam. 1,5 roku z gilotyną do palców jeżdżę kompletnie nieświadomie… Normalnie strach się bać… ;)

  13. No i w pełni się zgadzam co do obserwacji nt. aut rodzinnych. Ja tak mam z moim 307 SW z benzyną 1.6 (110KM) w potwornie wolnym automacie. Nie da się tym wyprzedzić niczego, więc można uprawiać relaksujący kruzing i nigdzie się nie spieszyć, we wnętrzu przyjemnie chłodno/ciepło (w zależności od pory roku), ukochana osoba z boku i czego chcieć więcej :). Nawet uchwyty na kubki niepotrzebne :D.

  14. @radosuaf : wierz mi, że należysz do tej niewielkiej garstki, która potrafi czerpać przyjemność z jazdy nie poprzez ciągłe wyprzedzanie.

    Kilka dni temu wyprzedził mnie 50-60 latek w Fiacie Bravo, gdy toczyłem się W KORKU ! zostawiając odstęp 3. długości samochodu.
    Klasnąłem uniesionymi rękami żeby widział jak podziwiam jego manewr :)

  15. Mnie tylko strasznie drażni obchodzenie się kierowców z hamulcami w wolniejszym ruchu. Ja staram się nie używać ich w ogóle – hamuję silnikiem, z wyprzedzeniem analizuję o ile mogę przyspieszyć… A z przodu prawie zawsze mam gościa, który co 5 sekund miga mi po oczach światłami stopu. I bądź tu mądry i zgadnij, czy tylko musnął, czy zaraz dęba stanie…

  16. Oj tak, hamowanie w korku w połączeniem ze “skakaczami”, co nie dadzą zostawić sensownego odstępu za samochodem z przodu przy normalnej jeździe i od razu się w niego wpierniczają to najupierdliwsze cechy kierowców spod znaku “łomatkoboskajakmisięspieszyjestemwielkimsuperrepemczemuwszyscyjadąjakciotyczegotrąbiszkutasieprzecieżwidziszżejadę”.

    Z technicznych kwestii: chyba maJciory, nie maciory. Chwilę kminiłem po kiego grzyba świniaki w samochodzie wozisz :D.

    A merytorycznie: w połączeniu z tekstem o światłach te pochwały taką strasznie wyluzowaną atmosferę tworzą. Wyszalałeś się Blogo na torze to chwile refleksji nachodzą, co? ;)

  17. Hejas, ciekawe jak wyglądałaby kombinacja anty-alko oraz układ start-stop.
    każde światła, każde zatrzymanie w korku oraz ewentualne błędy zaduszenia silnika i nerwowo wyciągasz nowy ustnik… to byłaby niezła paranoja… uszczęśliwiania ludzi na siłę jest mega interesujące… tyle w tym temacie. Pozdr!

  18. Żeby była jasność – dmuchać w alkomat nie trzeba, gdy auto niechcący zgaśnie. Gdy wyskoczysz z niego na 2-3 minuty do sklepu (np. monopolowego) to również potem uruchomi się bez dmuchania. Jakaś dłuższa przerwa jest potrzebna, by alkomat był wymagany. Ale niestety nie wiem jak długa – może taka w sam raz na jedną, dwie kolejki – wiecie: łamanie pogody, na drugą nóżkę, po szklanie i na rusztowanie.

  19. Dodam jeszcze że zgłaszam nazwę dla takiego dwuelementowego wynalazku:
    “Volvo intensive care”, i hasło reklamowe w stylu:
    ’cause we @ Volvo share passion for cars… and anti-passion for AAA

  20. Ten tekst powstał bo wiesz co to BMW.

    Jeździłem różnymi Volami s80 s60 v50 xc70 xc90:
    Wsiadłem, wysiadłem. I co?
    i … NIC. NIC a NIC

    bez emocji. takie jest volvo. ani się przyczepić ani zachwycić. NICANIC

  21. wg. mnie to niedobrze, ze nie pamietaasz trasy… tzn. ze nie zwracales uwagi w to co sie dzieje na drodze….

  22. Zwracałem baczną uwagę na TIRa jadącego przede mną – gościu mnie bezpiecznie dowiózł do celu. Nie jesteśmy w Rosji, u nas się nikt specjalnie pod koła nie rzuca, by trzeba było się non stop rozglądać ;)

  23. no tak autopilot się zalancza;) mam tak w korku…. nic nie pamiętam z drogi, robisz wszystko inne…

  24. Jako co-użyszkodnik xc70 2.4td z 2009 roku, napiszę, że z tą bezpłciowością i brakiem emocji w volvonach trochę przesadzacie ;) Wszakże trochę większy agregat mam (a właściwie żona moja ma) pod maską, ale wykończenie wnętrza nie pozostawia nic do życzenia, a 6-biegowy automat naprawdę lepiej daje sobie radę niż mechaniczny, 4-biegowy w mojej najmojszej siódemce. Poza tym jest kombi, dzieci można wozić i psy, wózki, torby, kufry, paki i skrzynie (kto ma dzieci ten wie). Tyle że 2.4td nie pali tak śmiesznie jak ten 1.6 dezelek, no nie. Tak ze dwa razy nie. No i ten schowek za konsolą środkową nie nadaje się do niczego – nie trzymam tam alkomatów, ale jeśli położy się tam telefon, wyleci pod nogi na najbliższym zakręcie. Mimo tego, najważniejsze że żona je uwielbia.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *