#441 Muzeum Kawara… Karawari… Karawaningu do kroćset zapieksów z pieczarkami!

Muzeum Karawaningu w Warce

Kiedyś za synonim wiochy, obciachu i menelstwa uważałem Kielce. Nie wiem czemu, jakoś tak, chyba głównie na złość pochodzącej z Kielc koleżance. A potem żeśmy ją w tych Kielcach odwiedzili, i gdyby nie rozegrany tam dawno temu pogrom, uważałbym to miasto za jedno z najładniejszych i najsympatyczniejszych w Polsce. No i synonim menelstwa poszedł się… Na szczęście niedawno odwiedziłem Warkę.

Mój Boże, ależ to jest speluna, jakaż tragedia, cóż za kopalnia chlorów. Miasto wywaliło sobie za unijne pieniądze rynek tak okazały, jak tylko okazałe mogą być łazienki w wiejskich domach.

Muzeum Karawaningu w Warce

Wiecie jak to jest – balkon bez balustrady z zatopionymi w betonie butelkami po piwie, podwórko obsrane przez kury, kuchnia w piwnicy ciemna i śmierdzi jak zsyp, meble w pokojach na pełnym błysku, trzy książki nigdy nieczytane w sekretarzyku obok kryształów, stara wersalka przykryta śmierdzącym kocem pamiętającym okupację, rozdeptane sandały i umorusane krowim gównem kalosze rzucone w kąt, ale łazienka królewska – pełen błysk, lustra, luxfery, sracz z powoli opadającą deską, krany w chromie, nigdy nieużywana wanna, kabina prysznicowa jeszcze w folii a ma już dwa lata – no król by piechotą przyszedł i brew by mu nie drgnęła, bo poczułby się jak u siebie w pałacu.

Warka jest taka sama – rynek wyjebany w kosmos – pusta przestrzeń, miejsce parkingowe dla inwalidów, czyściutkie wozy Straży Pożarnej, ratusz bardziej okazały niż niejeden ZUS – a na każdym schodku, w każdym zakamarku siedzą menele i walą mózgotrzepy. Są wszędzie, są ich miliony, śmierdzą i tak bardzo są pijani, że nawet o dwa złote nie proszą.

Muzeum Karawaningu w Warce

I w takim oto miasteczku, które od dziś jest dla mnie synonimem menelstwa, szarej biedy i smutku wielkiego, jest sobie Muzeum Karawaningu – dumna nazwa, nawet strona WWW jest, lokalne przewodniki polecają – więc się wybrałem. No i tiaaa… nie będę się pastwił, bo Muzeum jest za darmo, powstało raptem rok temu i jest prywatną inicjatywą, więc wcale nie dziwota, że nie ma szału – liczy się, że komuś się chciało, że się stara, że eksponaty są opisane, że jest sucho i schludnie. Przecież mógł to wszystko pierdyknąć pod płotem jak wielu kolekcjonerów, dziabnąć od państwa dotacje na krzewienie kultury i sztuki, i wpuszczać na zabagniony i walący zgnilizną plac za 5 złotych od łebka.

A tu jest czysto, ładnie, są tabliczki z podpisami i widać, że może jeszcze nie dziś, ale już niebawem będzie z tego wszystkiego piękna kolekcja tematyczna. Zapisałem sobie w kalendarzu, by w wakacje 2016 znów tam podjechać.

Cóż, po takim wstępie pewnie nikomu nie będzie tam spieszno… i właśnie dlatego wrzucam tutaj relację – wy siedzicie w domach, ja jeżdżę i za Was świat poznaję. No strasznie jesteście wygodniccy.

Zacznijmy zatem z grubej duroplastowej rury.

Muzeum Karawaningu w Warce

Dokładnie w takim Trabancie kiedyś dachowałem. Identycznym, tylko trochę innym. Tu jest kombi… sorry, avant… a ja rolowałem w sedanie… sorry, w limousine. Byłem mały, siedziałem z tyłu niczym nieprzypięty, Malacz strzelił nas z boku w przednie koło, zrobiliśmy 1,5 rolki a ja wypadłem tak bardzo przez tylną szybę, że w aucie został mi tylko zad.

Podobno jak do nas gapie podbiegali, to wszyscy mówili, że temat zamknięty, wiosła puszczone, łyżka odłożona, trzeba koronera wzywać. A tymczasem jak trochę zakrwawiony (dziś zero śladów), mama bez draśnięcia a tata z lekko zwichniętymi nadgarstkami, bo się za mocno kiery trzymał.

Egzemplarz muzealny zjechał z taśm produkcyjnych w 1973 roku i kto wie, czy nie był milionowym egzemplarzem (bo wtedy właśnie takowy z taśm zjechał). Od nowości miał dwóch właścicieli, z czego jeden był emerytowanym kolejarzem. To wiele tłumaczy. Dawno temu, w podstawówce, ojciec mojego kolegi, zawodowy kierowca autobusu, kupił sobie Wartburga – i raz jak nas wiózł do szkoły, to się zagapił i podjechał na przystanek po ludzi.

Taki emerytowany kolejarz pewnie jeździł tylko tam, gdzie go główna droga prowadziła. A główne drogi na ogół są lepsze od podrzędnych – co by tłumaczyło całkiem nienaganny stan Trabanta. Oczywiście nienaganny tylko na pierwszy rzut oka.

W ogóle ze starymi autami to tak jest – na pierwszy rzut oka #ojacie #chceto #perłaNRD a jak wsiądziesz, jak ruszysz, jak się przyjrzysz to wszędzie grzyb, smród naftaliny, tłusty kurz i pajęczyny… że tak sobie zarymuję.

Muzeum Karawaningu w Warce

Biegi w klamce… nigdy nie miałem przyjemności, ciekawe jak to się sprawdzało

Muzeum Karawaningu w Warce

Radio typowe dla tamtych lat

Muzeum Karawaningu w Warce

Pamiętam że w Dużym Fiacie (nówka salonowa) też po niedługim czasie z radia wyszły śruby. Jakie czasy, takie obyczaje – kiedyś wychodziły śruby, dziś wypalają się diody lub giną pixele.

Uwaga, ciekawostka! Czy wiesz, że duraoplast, z którego wykonane jest nadwozie Trabanta, jest materiałem totalnie niepalnym? I teraz uwaga, bo będzie pytanie retorycze! Czemu warszawska tęcza nie jest z duroplastu, hę?

A oto Ford Transit, deczko od Trabanta większy:

Muzeum Karawaningu w Warce

Podobno model ten (to może zweryfikować tylko Złomnik, o ile nie strzeli focha, że mu takim wpisem wychodzę z grabiami za miedzę) w Anglii zwany był “Mark One” a w Niemczech “Zweiten Generation”. Dlaczego? A kto narodowi mówiącemu na motylka “Schmetterling” zabroni numerować Forda Transita jak mu się żywnie podoba?

O, bogata wersja Titanium, bo deska w amelinium.

Muzeum Karawaningu w Warce

LMU plus wystająca śruba zamiast pokrętła, więc za wrażenia artystyczne i zgodność z duchem epoki daję 10 punktów.

Muzeum Karawaningu w Warce

Z tą wersją Titanium to ja nie żartowałem, bo ten Ford ma na wyposażeniu, uważajcie – rozkładaną kuchenkę gazową, lodówkę oraz hydraulicznie podnoszony dach na pompie olejowej. Pokażcie mi dzisiejszego Transita, który ma choćby jedną z tych rzeczy.

Ale te dachy, lodówki i kuchenki to pikuś w porównaniu z zagłówkiem po stronie kierowcy:

Muzeum Karawaningu w Warce

Totalnie bez sensu. Skoro i tak jest na sztywno przykręcony do kredensu, to ja bym go sobie wymienił na jakąś tapicerowaną pufę albo miękki dywan naścienny typ “Bogaty Cygan”.

A o Winnebago słyszeliśta?

Muzeum Karawaningu w Warce

5,1 litra pojemności, widlasta ósemka i 145 koni. Ależ to musiało iść! Produkcja ruszyła w 1966 roku i auta sprzedawane były za połowę tego co ówczesna konkurencja – więc dość szybko słowo winnebago stało się synonimem słowa kamper, tak jak dziś Octavian to synonim kierownika regionalnego a białe M3 – nieporadności wymiaru sprawiedliwości.

Muzeum Karawaningu w Warce

Ciekawe jest to, że ten konkretny egzemplarz, model Brave D-18 (przez Niemców zwany oczywiście Brave D-19) pod koniec lat 80-tych został ściągnięty do Polski. Serio był wtedy w Polsce ktoś, kto potrzebował takiego auta i czuł się z nim całkiem spoko?

W sumie ja bym się czuł – zawsze chciałem mieć samochód tak przestronny, bym mógł z rana wstać, zjeść coś, napić się kawy i zejść do auta w piżamie, potem dojechać nim pod biuro i dopiero tam się przebrać. Winnebago by się nadawało – obadajcie dywaniki:

Muzeum Karawaningu w Warce

Żal nawet miękkim kapciem je zdeptać.
Albo takie miejsce pracy kierowcy:

Muzeum Karawaningu w Warce

To jest prawdziwe miejsce pracy – jest i gdzie kawkę postawić, i laptop się zmieści. W sumie jakbym podjechał blisko biura by WiFi łapać, to wcale nie musiałbym wchodzić, mógłbym z Winnebago harować.

Drzwi w egzotycznym fornirze:

Muzeum Karawaningu w Warce

Plus kran, lustro, garderoba:

Muzeum Karawaningu w Warce

To jest biuro na kółkach, a nie jakieś Maybachy, przedłużone Merce i BWM. Tutaj naprawdę można i nogi wyciągnąć, i twarz zimną wodą ochlapać, i w lustrze outfit przepatrzeć przed wyjściem na ważne spotkanie lub do filharmonii.

Uwaga, teraz będzie atak wiedzy zbytecznej. Otóż… Winebagowie to plemię leśnych Indian Ameryki Północnej z siouańskiej rodziny językowej, które pierwotnie zamieszkiwało rejon dzisiejszego miasta Green Bay w stanie Wisconsin.

I pytania sprawdzające waszą wiedzę oraz pamięć. Pierwsze – gdzie leży Wisconsin? Drugie – z jakiej rodziny językowej są ci Indianie? Wiem, że polegliście. Przejdźmy zatem do stojącego obok Malacza.

Muzeum Karawaningu w Warce

Ale tylko na moment, bo Maluch jak Maluch – miałem w swoim życiu dwa albo trzy i lubię je na tyle, że nawet dziś chciałbym jednego mieć, szczególnie zimą, ale bez przesady. Ten z Muzeum trochę mnie uwiódł naklejkami. Na ten przykład ja nadal znam ludzi, którzy jeżdżą tankować na cepeen

Muzeum Karawaningu w Warce

Żaden z moich trzech Maluchów nie miał autoalarmu ani żadnej innej blokady. I tylko jednego mi ukradli.

Muzeum Karawaningu w Warce

Nawet chciałem sobie ostatnio kupić taki zielony listek na najmojszą, ale uznałem, że byłoby to bardziej pretensjonalne od “Pokaż cycki dam ci ciastko” czy “Lubię zapierdalać”.

Muzeum Karawaningu w Warce

Kiera obszyta skajem, obrotomierz i naklejka Camel – takich bajerów w swoich Kaszlakach nie miałem.

Muzeum Karawaningu w Warce

Na koniec tej pobieżnej relacji skupię się na Renault Espace

Muzeum Karawaningu w Warce

O, na powyższej fotce widać, że w Muzeum jest coś więcej niż te 5 opisanych przeze mnie aut – więc mimo wszystko, gdyby ktoś z Was był w Warce (zakładam, że przejazdem, bo nie wyobrażam sobie, że do takiego menelstwa można jechać docelowo), lubił się wzruszać na widok VW T2 Ogórków, starych butli gazowych i przyczepek pachnących stęchlizną – to zapraszam.

Ale wracając do Espace – pierwsza druga generacja, druga połowa lat 80-tych początek lat 90-tych. Jakoś tak wtedy, a może trochę wcześniej, moi rodzicie byli we Francji i wspólnie z mieszkającym tam przyjacielem zwiedzali południe okolicę. I pamiętam, że po powrocie najwięcej mówili właśnie o takim Espace (chyba pierwszej generacji) – bo ten ich przyjaciel miał nówkę sztukę i się nim po dolinie Loary rozbijali. Fotele sobie obracali, na stoliku w karty grali, wstawali, chodzili… a on jechał, kierował, pedałował.

Muzeum Karawaningu w Warce

Dla mnie, 10-latka wychowanego wśród Wartburgów, Trabantów, Polonezów itp. takie auto było niewyobrażalne. Serio – po prostu sobie tego nie umiałem wyobrazić. Że niby jak przeszklone? Że co się z fotelami robiło? Że miało stolik? No bez jaj!

Muzeum Karawaningu w Warce

A jak się smacznie drzwi w tym muzealnym Espace zamykały, to nie mam pytań. Auto francuskie, prawie 30-letnie, a zawiasy równiutkie, wystarczyło pchnąć a one robiąc takie coś pomiędzy CMOK a KLĄK załapywały bez żadnych zbędnych drgań, trzasków i szmerów. Jestem drzwiowym fetyszystą. Zamykałem, otwierałem, zamykałem… aż przyszedł kustosz i powiedział, żebym przestał. Na to się obraziłem, bo ewidentnie nie wiedział, z kim ma do czynienia…

18 komentarzy

  1. Blogo… też miałem malucha, też chciałem sobie kupić na zimę…
    ostatnio miałem okazję przejechać się malczanem z końca produkcji, bez tuningów. takim zwykłym.. Ochota na kupno przeszła szybciej niż myślałem. :)

  2. Z tą chęcią posiadania Malucha to trochę taki syndrom sztokholmski. Boli, ale chciałbyś. Z tym, że ja PRL pamiętam ledwo, maluch ojca na początku lat 90-tych kojarzy mi się z ciasnotą i topornością, może gdybym urodził się parę lat wcześniej to uważałbym inaczej.

  3. Ten espace ze zdjęcia to akurat jest gen. 2, produkowana w latach 1991-1997. Miałem takie auto, z rocznika 1995, z silnikiem 2.8 V6. Rewelacja. Niestety nie miałem obracanych przednich foteli ani skóry, ale była klimatyzacja i było zarejestrowane na 7 osób. Nadawałby się jako mini-kamper dla dwóch osób.

  4. Jak Ci miejscówa pachnąca menelstwem nie pasi to zapraszam do odwiedzenia całkiem oddmiennego miejsca – Muzeum Motoryzacji w Zamku Topacz k. Wrocławia (http://www.muzeum.topacz.pl/). W ten weekend odbył się zlot Moroclassic 2014 (http://www.motoclassicwroclaw.pl) – zajefajna impreza z mnóstwem przekozaczych aut.
    Sama miejscówka przepiękna, do tego oprócz zabytków w muzeum można na ichnim parkingu spotkać naprawdę ciekawe fury – Bentleye, przeróżne AMG-ki, Panamery i inne szybkopełzacze.

  5. Dolina Loary nie jest na południu. Na południu to są Pireneje, Prowansja, Langwedocja. Ktoś tu kogoś robi w balona – Albo Ty nas albo ktoś Ciebie ;)

  6. No i morze. :) I Marsylia. A Dolina Loary jest 100 km na południe od LeMans. Czyli praktycznie gdzieś w 3/4 wysokości Francji. Jeśli można tak powiedzieć. :D
    A, Blogo, nie baw się więcej fotoszopem!!

  7. Blogo napisał że espace 2. gen, na modłę niemiecką – i kto mu zabroni, co? ;)
    Z takich wehikułów to ja chyba 2 lata temu przeżywałem fascynację toyotą previą pierwszą, taki alkobus na wyjazdy ze znajomymi, fotele “kapitańskie”, stoliczek, klimatyzowany schowek w konsoli środkowej…

  8. Ja jeżdżę tankować na CPN, a w komunie żyłem raptem 8 lat więc jako mały berbeć. Chyba od taty to podłapałem.

    Fajny wpis!

  9. Wpis wpisem, ale przy opisie łazienki w wiejskim domu chichrałam jak norka. Espejsa z kolei miał mój ojciec; auta pozbył się z dobre kilka lat temu, ale wspomnienia pozostały.

  10. Hah, jakie śmieszne muzeum. Odwiedzę je jak będę w okolicy. Z czystej ciekawości, nie z zainteresowania caravanami ;)

  11. To co pan wypisywał tutaj o Warce to całkowita przesada! Nie wiem za kogo sie pan ma ale ten wpis pasowałby wprost do policji! Jezeli nie usunie pan tego wpisu mozemy wyciągnąć od pana konsekwencje prawne! Link wysylam do Ratuszu i poprosze o rozgłoszone,aby pana ukarano! Menelstwo jedynie pan ma u siebie w domu! Nikt panu nie kazał zaglądać do okien ludzi,niektorzy nie maja pieniędzy na najnowocześniejsze mieszkania ale przynajmniej je maja.Kur to my tutaj nie mamy a gowno to pan ma u siebie w domu! Dziekuje dowidzenia! ;)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *