#444 Dakar na Narodowym, czyli wpis z kategorii 18+

Dakar na Narodowym

Umówmy się, że wpis ten przeczytają tylko osoby pełnoletnie, oraz że wulgaryzmy są dla ludzi i jak się chce coś dobitnie powiedzieć, to wtedy są jak znalazł, OK?

Relację z Pit Party – takiego wydarzenia typu zlot, które trwało od 14 do 18:00 i było supportem imprezy właściwej – opublikuję w osobnym wpisie. W tym będę się pastwił nad wydarzeniem wieczornym, czyli “Dakar na Narodowym”. Kurwa mać, to było na tak tragicznym scenariuszu oparte, to aż nie mam słów!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na początku napiszę, kogo się nie czepiam – żeby nikt z tych ludzi nie poczuł się urażony. Bo ja naprawdę nie mam na celu siania fermentu – ot, chcę jak na dziennikarza obywatelskiego (a może to się dziś dziennikarstwem społecznościowym zwie?) napisać, co czuję. Wszak blog to taki osobisty pamiętnik, co nie?

Otóż nie czepiam się zawodników biorących udział w tym kuriozum – bo część z nich po prostu odklepała chałturę za kasę, a druga część, sponsorowana przez Orlen, ma pewnie wobec koncernu zobowiązania i jak coś takiego jak Verva Street Racing się odbywa, to oni muszą (albo po prostu powinni) być. Spoko, nic do nich nie mam, założę się, że oni za kierownicami tych wszystkich maszyn bawili się przednio, mimo że z trybun większość tych “wyścigów” wyglądała jak pierwszolistopadowe szukanie miejsca na zatłoczonym parkingu pod cmentarzem.

Dakar na Narodowym

Nie czepiam się również ludzi, którzy przy obsłudze tego eventu pracowali – bo kurde oprawa świetlna była tak porażająca, że w pierwszych minutach Margolcia upuściła z ust cukierka – tak bardzo była w szoku. Również oprawa muzyczna była genialna (raz nawet leciał Pearl Jam!). Ale o tym później, przy okazji pastwienia się nad Jamiroquai’em.

Dakar na Narodowym

Nie czepiam się również prowadzących – bo to są tylko ibisze do wynajęcia, które za kasę zareklamują i tablet z LTE, i piętnaście razy przypomną o konieczności wysyłania SMS-ów, i taką właśnie imprezę poprowadzą gadając trzy-po-trzy byleby tylko coś gadać.

Nikogo wynajętego do udziału w tym szoł się nie czepiam, bo ci ludzie po prostu wykonywali swoją pracę, za którą zgarnęli wynagrodzenie. Czy to gadali bez sensu, czy to pluli ogniem, czy to snuli się w autach, czy szaleli na motocyklach – o to ich poproszono i to wykonali jak należy. A że było to w znacznej mierze niewidowiskowe? To nie ich wina – oni przecież nie mieli oglądu całościowego i zrobili po prostu to, o co ktoś bez wyobraźni ich poprosił…

Nie czepiam się również śmiesznych i trochę żenujących zdarzeń, bo to po prostu był pech, który dodał imprezie sporo kolorytu i takiej naszej przaśnej cebuli – że nawet jak się bardzo staramy, to coś nam zawsze nie wychodzi (siatkarze są wyjątkiem potwierdzającym tę regułę).

Ot choćby Mini, które miało gdzieś skoczyć (nie do końca wiadomo gdzie i po co, bo albo nie dosłyszałem, albo jak w większości przypadków – prowadzący też nie mieli pojęcia, bo ci kretyni od scenariusza niczego im nie wyjaśnili) a tylko wbiło się przodem w nasyp i umarło na amen tak bardzo, że aż je koparka ściągnęła potem na zaplecze i tyle je widzieliśmy.

Albo wyścig dakarowych ciężarówek, który wyglądał jak nauka parkowania i zawracania na trzy – snuły się te chyba 8-tonowe wozy z prędkościami 14km/h, ledwo zakręcały pomiędzy nasypanymi wydmami – emocje ujemne. Potem się okazało, że w jednej rozpadła się skrzynia, a w drugiej też pewnie coś nawaliło, bo tor pokonała jeszcze wolniej.

Nie czepiam się również akcji z Monster Truckami, które w 20 sekundzie swojego pokazu oba naraz połamały zawieszenia.

To są wypadki przy pracy, wielki pech i tak dalej… acz nie mogę wyzbyć się wrażenia, że jednak nie powinno się to zdarzyć. Że jednak dakarowa ciężarówka nie powinna mieć problemu z pokonaniem usypanego w tydzień toru przeszkód. Że szpanerskie Monster Trucki powinny przetrwać przejazd przez wydmę, która w Stanach dla takich samych wozów byłaby po prostu wybiciem do wykonania soczystego salta w tył. Że zapewne długo przygotowywany skok Mini mógł zostać lepiej zaplanowany – wszak to Mini miało tylko sobie skoczyć – i poległo jadąc za wolno. A kurde jeżdżący w tym samym czasie na drugiej skoczni buggy pierdyknął takiego backflipa, że nie mam pytań:

Nie czepiam się też zespołu Jamiroquai, który… który gra jak gra i to nie jego wina, że… ech, ale o tym za chwilę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wiecie, kogo się czepiam? Otóż czepiam się ludzi, którzy całą tę wieczorną imprezę pt. “Dakar na Narodowym” wymyślili, którzy napisali do niej scenariusz i podjęli się absolutnie przerastającego ich zadania ogarnięcia całości na żywo. Serio – całość sama w sobie była tak chujowa, kurewsko żenująca i spierdolona, że aż brak mi wulgaryzmów.

Po jaką cholerę byli ci dwaj ekspaci z “Europa da się lubić”?! Stali na wydmie i pierdolili takie farmazony, że ludzie cieli sobie przedramiona grzebykami.

Dakar na Narodowym

Po kiego chuja wbiegały te dziewczyny srające zimnymi ogniami, gnąc się w udawanym orgazmie, Bóg tylko raczy wiedzieć?!

Dakar na Narodowym

Ja wiem, że to wszystko mogło fajnie wyglądać na etapie wymyślania. Ci niech gadają, dziewczyny niech plują ogniem… super, kurwa, ale gdzie był ktoś zaprawiony w organizacji tego typu imprez?! Dlaczego się nie pojawił i nie powiedział “Zamknijcie ryje, junior event menadżerowie, takie atrakcje to odpust na wsi, tu będzie 60 tysięcy ludzi, musi być szybko, bez pierdolenia i falujących emocji! Musi być kurwa moc i dynamika!”

I co do kurwy nędzy robił tam Jamiroquai?! Wiem, co sobie myślicie – facet jest petrolheadem, ma kolekcję superkarów, najlepszy czas na torze Top Gear – wprost idealny muzyk na taki event. To wczujcie się w to – impreza zaczyna się zajebiście, na pełnym basie napieprza Rage Against the Machine, motocykliści i quadowcy dają tak tłusty pokaz stuntu, że nie tylko Margolcia, ale i ja gubię z ust gumę do żucia.

Potem w przerwie powietrze drży od Korna. JEST KURWA MOC, DYNAMIT ENERGIA! Jest taka adrenalina, że córka mi mówi, że cała się trzęsie. I ja się jaram, bo początek z motocyklistami był naprawdę mistrzostwem świata. A potem atmosfera siada, zaczynają po piachu snuć się jakieś pojazdy, każdy jedzie z otwartymi drzwiami, pozdrawia publiczność, która z górnych rzędów gówno widzi… a potem na scenę wchodzi Jamiroquai i zaczyna pierdzieć funkowym basikiem i ruszać bioderkami w rytmie “Cosmic girl”.

Kurwa mać, gdybym zamknął oczy to bym usnął w pół sekundy. Lubię ten zespół, ale na taką imprezę pasował tak samo, jak Chris Rea – w sumie to czemu jego nie wzięli, wszak on też lubi auta i nawet ma piosenkę o drodze do piekła? Tak samo by przynudzał – tylko że nie funkującym basikiem, a ogniskowymi riffami na gitarze.

Offspring, Rammstein, nawet kurwa wieśniacki Scooter czy inny niemiecki szajs, rozkręciliby tę imprezę do granic wytrzymałości i być może bym dziś nie pluł jadem. Ale kurwa funk?! Gość w kapeluszu pląsający i nucący “We’ll spend the night together” oraz “Je-e-oł-rajt”?! Nosz kurwa mać!

Występy Jamiroquai’a to była dla mnie żenada – coś jak przerwa w piciu wódki, gdy człowiek jest lekko pobudzony i nagle mu wszystko schodzi, łapie doła, głowa sama chce gwoździa w stół wbić.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chyba nigdy nie byłem na tak źle wymyślonej imprezie. Na imprezie, która po genialnych pierwszych minutach z sekundy na sekundę traciła rezon, poziom i momentami dobry smak. Wyglądało to tak, jakby naprawdę opracowali ją ludzie, którzy nigdy w życiu czegoś takiego nie robili. Usiedli przy stole i zaczęli przerzucać się pomysłami w stylu – a potem na tor wyjadą dakarowe ciężarówki, a potem będzie wyścig motocykli żużlowych, a potem zagra Jay Kay, a potem kilka rajdówek pojedzie na dochodzenie, a potem wyjdzie Tomasz Majewski i wręczy nie wiadomo jaki puchar nie wiadomo komu nie wiadomo za co. No będzie czad! – tak sobie mówili siedząc kilka miesięcy temu przy stole.

To wszystko może i fajnie się planowało, a w rzeczywistości poza kilkoma bardzo udanymi pokazami – motocykliści, quadowcy i goście na skuterach śnieżnych – szapoba, jesteście kurwa królami!

Dakar na Narodowym

reszta była tak żenującą nudą, że raz to nawet poszedłem sobie do kibla, mimo że mi się nie chciało – byleby tylko nie musieć się dołować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Verva Street Racing nigdy nie była imprezą rewelacyjnie wymyśloną – ale gdy odbywała się na ulicach Warszawy, można było przynajmniej podejść blisko toru i posłuchać silników, przyjrzeć się detalom, powdychać spaliny. W zeszłym roku, gdy po raz pierwszy odbyła się na Stadionie Narodowym, nie miała kompletnie żadnego znaczenia, bo była po prostu supportem dla Top Gear Live (który nota bene niespecjalnie mi się podobał, ale co było a nie jest, nie pisze się w rejestr). W tym roku ewidentnie ktoś postanowił pójść za ciosem i zrobić coś w zeszłorocznym, angielskim stylu. I kurwa poległ, ależ jak bardzo poległ!

Nie no, serio, ale osoby, które napisały scenariusz tej imprezy, które wymyśliły tych dwóch nie-polaków uprawiających niezrozumiałe pierdolenie o szopenie, które ściągnęły totalnie psującego klimat i równającego emocje z ziemią Jamiroquai’a, które nie potrafiły ogarnąć na żywo wyników wyścigów 4 aut jeżdżących w kółko, które wymyśliły dziewczyny plujące ogniem, które kazały ciężarówkom snuć się pomiędzy zbyt gęsto usypanymi dla nich wydmami… te osoby może powinny zapisać się na podyplomowe studia do jakieś Wyższej Szkoły Reklamy w Warce, bo kurwa na drugiej tak spierdolonej imprezie ludzie zaczną popełniać zbiorowe samobójstwa i jeszcze jakiś Minister Spraw Zagranicznych to źle zinterpretuje i nagle Polska wypowie komuś wojnę w odwecie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wyszliśmy sporo przed końcem. Początkowo mieliśmy dotrwać – wszak ściągnąłem z sobą 10 osób (5 dwuosobowych zaproszeń) i mieliśmy pewne plany. Ale tak się nieszczęśliwie stało, że na Narodowym są dziwnie ustawione fotele i mimo tego, że numery naszych miejsc szły idealnie po kolei, to rozstrzeliło nas jak stąd do tamtej latarni, albo jeszcze dalej. Gosi na szybko udało się tylko Margolci machnąć kotka na twarzy

Dakar na Narodowym

a ja obejrzałem sobie pordzewiałego Galanta SirSmarka – ale o nim będzie w drugim wpisie.

Przesadzam? Koloryzuję? Uwziąłem się na organizatorów? To zobaczcie, jak wyglądały schody w chwili, gdy na scenę na swój drugi muzyczny set wyszedł Jamiroquai:

Dakar na Narodowym

A tak wyglądało jedno z wyjść ze Stadionu o godzinie 22:30, czyli w chwili, gdy my byliśmy już blisko auta, ale impreza szła jeszcze pełną parą:

Dakar na Narodowym

Wiem, że moja opinia jest niepopularna – widzę na fejsbuku całkiem pozytywne i nawet pełne zachwytu opinie, a dwóch moich dobrych kumpli również tak bardzo jak ja nie narzeka. Nie wiem, może za dużo oczekiwałem, a może mi było (i jest!) po prostu głupio, bo bądź co bądź przyłożyłem malutką cegiełkę do promocji tej chujówki.

A jak sobie pomyślę, że być może ktoś swoimi zaskórniakami zapłacił za wstęp, bo znalazł na moim blogu zajawkę tej imprezy… to gdyby nie fakt, że na domowym budżecie rękę trzyma Ryba, to byłbym skłonny wszystkim, którzy by mi powiedzieli “Słuchaj Blogo, kupiłem bilet po lekturze twojego wpisu o Vervie”… to bym im bez pytania ze swoich oddawał kasę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podsumowując – “Dakar na Narodowym”, czyli ta wieczorna impreza na Stadionie, to była chujówka jakich mało. Mi się naprawdę bardzo, ale to bardzo rzadko zdarza wyjść z czegoś przed końcem, a tutaj po prostu w pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie z Rybą i Margolcią… i 10 sekund później byliśmy już kilka rzędów niżej na schodach, w drodze do auta.

Pit Party, czyli kilkaset fajnych aut, pokazy driftu oraz motocykliści w drucianej kuli – czyli coś, co trwało od godziny 14 do 18 – TO BYŁA PIĘKNA SPRAWA, uwielbiam takie zloty i prezentacje, bawiłem się świetnie i o tym napiszę Wam w osobnym wpisie. Bo ten postanowiłem cały poświęcić wydarzeniu tak kurwa chujowemu, że aż złamałem noworoczne postanowienie, by brzydko się nie wyrażać.

Nigdy więcej! Jak Wam za rok napiszę, że idę na Vervę, to pierdolnijcie mnie jakimś betonowym komentarzem prosto w mózg. Na tyle lekko, bym ten supportujący zlot mógł obejrzeć, ale na tyle jednak mocno, bym do głównego szoł nie dotrwał.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Verva Street Racing 2014: Wulgarnie | Pogodnie cz.1 | Pogodnie cz.2

45 komentarzy

  1. Po przeczytaniu połowy chciałem napisać że siejesz ferment pod hejtującą publiczkę by tylko wylądować na wykopie i sobie statsy podbić, ale jak doczytałem do końca i się zastanowiłem to ja też faktycznie byłem mega znudzony i gdyby nie te wszystkie ciekawe auta wystawione przed stadionem (widziałeś te Saaby? CZAAAAD!) to bym reklamował i chciał zwrotu pieniędzy.

    Dżamirokłaj był żenujący, pełna zgoda, zupełnie nie pasuje jego muzyka do takich imprez. Mnie jeszcze Prokop z Szulim irytowali bo straszne głupoty gadali, taka papka z radia zet o niczym.

  2. I tak, i nie. Tak, bo faktycznie impreza była bardzo źle prowadzona, non stop się rozsypywała i nie było wiadomo o co w tych wszystkich wyścigach chodzi.

    Nie, bo moim zdaniem winy nie ponoszą tylko osoby, które opracowały scenariusz, a wszyscy jako tako w to zaangażowani. Przecież to nie są amatorzy i powinni wiedzieć, że ciężarówka tak nie skręci, że mini musi się napędzić a jadący tempem spacerowym kierowcy machający przez otwarte drzwi nie są żadną atrakcją.

    Moim zdaniem imprezę uratował Zimoch wplatając relację z poznańskiego meczu z Niemcami, wtedy jak on mówił to była moc czuło się jedność wśród publiki.

  3. padłem, leżę… Wstać nie mogę!!! Genialny tekst! A moja lepsza połówka namawiała mnie byśmy pojechali do WWA i to zobaczyli!!! Ze względu Jay Kay’a!!!! Fakenfenkgodforfaksejk!!!!

  4. True – nie da się z tym wszystkim nie zgodzić (choć ja – w końcu prosty człowiek z prowincji, jak zobaczyłem te wszystkie mrugające światełka i ogrom całości to dobre trzy godziny w takim kokainowym transie na taborecie siedziałem, że nawet baba z motoru jeszcze mnie aż tak bardzo nie irytowała. Dopiero po czasie zaczęło docierać do mnie, że coś tu jednak zdecydowanie jest nie teges).

    Dżejkej mówiąc najogólniej robił kompletnie niepasujący do tego miejsca hałas (coś jak dźwięk robota kuchennego w kościele – Iza to aż owinęła sobie łeb szalikiem co by krwotok z uszu zatamować bo gość, który siedział przy pokrętle od głośności uznał najwyraźniej, że jeśli przekręci je w pozycję “ultra loud” to zniewieściały funk jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zabrzmi niczym ACDC).

    Dziwne było też włączanie muzyki tuż po tym jak na tor wjeżdżało kilka rajdówek – tego po dziś dzień nie ogarniam.

    Mimo wszystko nie żałuję samego wyjazdu. Choć jak słusznie zauważyłeś – gdybym wydał na bilety sporo hajsu (albo poszedł tylko na stadion omijając pit party) to wróciłbym do domu zdrowo wkurwiony ;}

  5. A ta ciężarówka w barwach Lotto, jak ją widziałem miesiąc temu na Ursynowie, kiedy ruszała z Orlenu na Rosoła/Płaskowickiej to na asfalcie zapierdalała jak dzika… A w terenie patrz pan taka lipa. Coś jak Fiat 500XL czy coś takiego.

  6. Wniosek jest taki, że kolegę Blogo trzeba wkurzyć, żeby powstał mięsny wpis. Trochę dynamiki się pojawiło na tym trochę smutnym ostatnio blogasku :).
    Kilka soczystszych wpisików i może też będziesz miał swoje fanki jak Tommy i Z.Łomnik :D.

  7. Czyli dobrze, że nie pojechałem :}
    Generalnie tego typu imprezy na stadionie muszą być albo perfekcyjnie dopracowane albo automatycznie są klapą, bo bądź co bądź, jednak stadion jest do czego innego ;)
    Czuję dziwną satysfakcję z mojego niebycia.

  8. Sranie w banie to jakieś wypociny. Byłem i widzę wszystko odwrotnie. Impreza dzienna była bez sensu bo co jest ciekawego w gapieniu się na stojące za linkami auta?!11 A dakar na narodowym był super tylko że trzeba było nie sknerzyć a kupić bilety niżej bliżej piachu wtedy nawet to że ciężarówka jechała powoli było atrakcyjne jak się ją widziało tuż przed oczyma.

    Tekst typowo pod publiczkę w modnym nurcie hejtowania. Dobrze że za rok nie pójdziesz to oszczędzisz nam takich wpisów. Jak się nie podoba to nie pisz po co innym krew psuć. Chwal jak możesz, jak nie możesz to milcz.

    Ja dakar oceniam na 7/10 czyli za rok chętnie się wybiorę.

  9. 1. Zastanawia mnie, jak ktoś, kto ma zrobić imprezę dla fanów motoryzacji ma odwagę serwować tak pięknie opakowane gówno z dużym udziałem z oleum i masy tabultte. Organizator strzelił sobie w kolano. Ciekawe, czy za rok ktokolwiek przyjdzie (za pieniądze).
    2. Wczoraj w Antyradiu słyszałem jak Aśka Zientarska opowiadała o imprezie. I aż mi się wierzyć nie chciało, że mówi o tej Vervie. Gdybym nie był, to bym uwierzył, że było fajowo.
    3. Gdybym zapłacił za bilety to byłbym nieźle wkurwiony (w tym wpisie można, i niestety trzeba, używać wulgaryzmów )
    4. Dwa tygodnie temu byłem po raz drugi na Intercars Motor Show. I za rok znowu pójdę. I z chęcią zapłacę za bilety.

  10. Byliśmy w czwórkę z dwójką dzieciaków w wieku 12 i 14 lat. Początek imprezy na Stadionie Narodowym był faktycznie świetny i nawet my dorośli mieliśmy ciarki. Ale potem atmosfera tak upadła, że mniej więcej po godzinie chłopcy chcieli wychodzić.
    Gwiazda muzyczna była bardzo źle dobrana do rangi imprezy, tu się z autorem zgadzamy. Za wpadki mechaniczne aut i skoków ciężko kogoś winić, jak to się mówi, jak się grubo gra to łatwo cienko skończyć.
    Ale bałagan w scenariuszu i chaos w atrakcjach to skandal. Staraliśmy się słuchać, ale w pewnym momencie się pogubiliśmy. Te wyścigi “Polska vs Reszta Świata” to była kosmiczna porażka. Raz wyścig się do klasyfikacji liczył, innym razem nie. Raz w Reszcie Świata jechał Polak a raz tylko goście zagraniczni. Ciągle się mylono w podawaniu wyników.
    Siedzieliśmy chyba niżej od autora (tak wnosimy patrząc na zdjęcia) ale i tak nie sposób było się domyślić, gdzie jedzie jaki zawodnik.
    Zgadzamy się w 100%, że większość wyścigów rozgrywana była w tempie spacerowym i nie dawała żadnych emocji.

  11. Ech kurde nie sposób się nie zgodzić. Ja nie byłem ale mój brat wyszedł chyba nawet wcześniej od ciebie. Mówił że drugi występ Jamiroquaia był nie do zniesienia, tak przesterowane basy musiały komuś uszy zniszczyć.

    On najbardziej narzekał na Szulim i Prokopa. Z tych dwóch pajaców co na wydmach gadali to się śmiał bo ponoć cały jego rząd miał z nich bekę. Bardzo chwalił Zimocha który ponoć nie mając pojęcia co się dzieje komentował to tak jakby się znał na tym od lat :D

  12. Się Blogo zagotował… Fakt, główne show było moim zdaniem najsłabsze z całej imprezy, jednak VSR jako całokształt było całkiem sympatyczną imprezą. Pomysł na główną imprezę był dobry, jednak zabrakło napięcia, mijanek, walki, ryku silników. To miała być wisienka na torcie, a wyszło tak, jakby ktoś tę wisienkę wepchnął brudnym paluchem w sam środek tortu. No niby jest, ale jednak nie do końca taka, jaka mogłaby być.

  13. W czerwcu byłem we Wrocławiu na imprezie na przynajmniej tym samym poziomie, jak nie mniejszym… Monster-X tour… nigdy więcej – skutecznie zniechęciło mnie do startu w Twoim konkursie :D

  14. A ja nie pojechałam, bo z jakichś niewiadomych powodów (wg organizatora “powodów organizacyjnych” – cokolwiek to znaczy) nie dostałam akredytacji. Ale informacje o zgodzie na publikację materiałów prasowych to kurna raczyli do tej odmowy dołączyć ;) Wściekła byłam. Potem smutna, bo się okazało, że mnóstwo znajomych się tam będzie prezentować. A teraz ślicznie dziękuję za ten wpis, bo widzę, że słusznie nie kupiłam biletu.
    Małysze, Przygońskie czy Bouffiery i inne stwory wolę sobie z bliska na rajdach pooglądać. I nawet pogadać się z nimi da, i za taśmę nie wyganiają i w ogóle klimat jakiś taki “prawdziwszy” niż sztuczne wydmy.
    Jeszcze raz dzięki za uświadomienie mi, że nie mam czego żałować ;)

  15. A się tak zapytam – czy na Narodowym odbyła się chociaż jedna udana w 100% impreza? ;) Za niedługo to będzie obiekt, który będzie gwarancją zjebanej zabawy.

  16. Pierwsza myśl “Jak zawsze trafi się jakiś malkontent”, ale zaczęłam czytać… Może na mnie auta na torze zrobiły lepsze wrażenie z racji siedzenia w dolnym sektorze w dosyć bliskim rzędzie. Jednak pewne kwestie, no cóż… Ciężko nie przyznać racji. Historyjka dwóch zagubionych na pustyni już na wstępie wywołała u mnie wielki znak zapytania i myśl “Ale o co chodzi??”. Przy przerywnikach artystycznych i ogniowych też łapałam się na spoglądaniu na zegarek. Ogólnie panowanie nad “wynikami wyścigów” i komunikacja z prowadzącymi zawiodła totalnie i tak nie do końca było wiadomo, kto w tym wszystkim z kogo idiotę robił. Ale ot, bywa. Zimoch kilkakrotnie ratował sytuację perfekcyjnie swymi komentarzami.
    Mimo wszystko nie żałuję, że byłam z synem. Skupiliśmy się na pozytywach jak pit party, El Matador, biała Tatra Kazbera (czerwoną darzyłam ogromnym sentymentem, bo miałam okazję się z synem przejechać na Mazurskim Moto Show), skuterach śnieżnych skaczących nam niemal przed nosem. I tego będę się trzymać wspominając całą imprezę :)

  17. Trochę za dużo mięcha w tym wpisie blogo.
    Strasznie lubię niepoprawność ale przy takiej ilości źle się czyta.
    Mogłeś to trochę lżej ująć, pośmieszkować bardziej – tak jak piszesz zazwyczaj:)

  18. Chciałem się tam wybrać, ale niestety do Jamiroquai’a była dołączona jakaś dziwna impreza, więc nie poszedłem, czułem w otoczeniu rozrywki dla tirowców dobra muzyka przepadnie.

  19. Witaj, dodać jeszcze trzeba, że podczas tego backflipa, który wykonał buggy niestety nie odpaliły fajerwerki, a dziewczyny ziejące ogniem i jakimś dymem miały za mało tego “dymu” i przez 2/3 występu kręciły dupami na pusto bo nie miały już dalej psiukać :) mistrzostwo świata :) ubawiłem się przednie :D

  20. Tak jak bardzo lubię Jamiroquia tak uważam że on po prostu nie pasuje do takiej imprezy. Gość ma kilkanaście (może więcej) tysięcy fanów w Polsce, ale oni niekoniecznie mogą lubić imprezy tego typu i nie przyjdą na taką masówkę. I było mi go autentycznie szkoda, że grał dla publiki która ma go w dupie (przy ostatnim utworze stadion był prawie pusty). Dziwię się że się na to zdecydował, ale może fajnie to wyglądało na papierze.

    Zgadam się, że impreza przerosła organizatorów, wiele rzeczy było niepotrzebnych, przesadzonych, nielogicznych. Jeśli dodać do tego te problemy techniczne z czasem czy problemy techniczne i kraksy samochodów to wyszło mega gówno!

  21. Ta impreza nie jest dedykowana dla tych którzy zjedli zęby na motorsporcie ale dla tych którzy tego nie znają dla dzieciaków ktróe zaszczepia się motoryzacyjną pasją. Może i był kilka fuckupów ale to nie powód żeby tak jechać po imprezie. Impreza była organizowana prze jakąs agencje Eventową która wie że gdzieś dzwoni ale nie mają pojęcia o motoryzacji a o motorsporcie to już zadnego. Dlatego podoba mi sie z artykuł który jest napisany w nieszablonowy sposób. Ale czy dokońca zgodzę się z trescią no nie wiem. Patrzmy jaki zadanie ma ten MIŚ….

  22. Cieszy mnie fakt że w tym wszechobecnym gąszczu pochwał znalazł się jakiś głos rozsądku. Na vervie byłam pierwszy i ostatni raz. Najbardziej boli mnie brak kompetencji prowadzących. Przykre jest dla kogoś kto orientuje się w temacie wysluchiwanie takich bredni. Zatrwazajace jest to że imprezę stricte motoryzacyjną prowadzą osoby o tak znikomej wiedzy. Po ich trzeciej wpadce przestałam liczyć. Jak można mówić to 50 czy 60 tys osób jeśli nie wie się jak wygląda Przygonski? Ja spalilabym się ze wstydu. Poza tym szkoda że tak bardzo wyraźnie widać było wyrezyserowanie każdego wyścigu, widać że auto z tyłu jechało wolniej, żeby tylko nie wyprzedzić. Brakowało mi ‘mięsa’, zaskoczenia i elementu rywalizacji, bo przeciez chyba tego sie wymaga idąc na jakiekolwiek zawody, nawet te udawane. Poza tym musze przyznać że mimo tych przykrych faktów zgadzam się z właścicielem bloga – oświetlenie i muzyka ( oczywiście nie dzamiroquai czy jak im tam, nawet nigdy wcześniej o nich nie słyszałam) – kozak. Jak to się mówi kolokwialnie ‘mieli rozmach skur****’ . Jeszcze chciałabym do listy moich żali dorzucić dwa słowa na temat filozofów którzy stali na hopce. Walii takimi sucharami że były bardziej suche niż te ileś tam tysięcy ton piasku na narodowym. Naprawdę nie wiem co oni tam robili i po co przyszli ale dużo lepiej by postapili jeśli zostali by w domu. To chyba tyle, dziękuje za możliwość wypowiedzi i pozdrawiam właściciela bloga, masz u mnie szacun – Twój wpis wpasowuje się 100 % w mój punkt widzenia.

  23. Myślałem, że to będzie jakiś wpis sponsorowany, a tu proszę konkretna relacja :)
    A co do opinii o wydarzeniu to jest tak – ci co zapłacili im się podobało, bo co mieli powiedzieć :) a ci co wejściówki dostali za darmo (a było takich sporo) wyszli w połowie imprezy.

  24. A wiecie co, wytrwałem do końca… i na ostatnim secie Jamiroquaia… stadion był praktycznie pusty.
    Ja też spodziewałem się czegoś lepszego, niedosyt pozostał, no i te niedosiągnięcia. Miejsca siedzące miałem też dość wysoko i chyba przez to te samochodziki jeżdżące na dole wyglądały dosłownie jak małe resoraki dla dzieci. Przez to nie dało się czuć tego klimatu, chyba jednak zdecydowanie wolę imprezy na torze, ulicy, pisk opon i zapach palonej gumy ;-)

  25. Jako fan samochodów cieszę się że takie imprezy odbywają się na narodowym, choć rzeczywiście nie było idealnie to jednak miło ten event wspominam.

  26. Młody człowieku
    Jesli nie wiesz po co organizuje się takie imprezy , to Cię uswiadomię .
    Tu chodzi (posłużę się wulgaryzmami)o wypierdolenie z bankowego konta takiej firmy jak np.Orlen (PGE , MIEDZ POLSKA , Nafta itp.) jak najwięcej forsy , która wpadnie do kieszeni “organizatorów”.A jak się sam orientujesz są to nie małe kwoty ( milion , dwa?, trzy?)i jest git .Widowisko i zadowolenie oglądaczy jest na drugim a może i na trzecim planie.
    Smutne ale prawdziwe

  27. Kiedyś robiliśmy zlecenie dla Orlenu, kosztami nikt się nie przejmował, można było zawyżać lekko o 30%. To było w granicach przyzwoitości. Ale ja jestem malutki, natomiast jakiś znajomy królika, jak dobrze posmaruje, to dopiero ma możliwości :)

  28. O chwała Ci Blogo, że rozwiałeś moje i mojej drugiej połówki obawy, że nie chciało mi się zebrać na te “wspaniałe” widowisko. Super dosadny wpis bez zbędnego Pitu-Pitu. Dzięki. Uwielbiam takie wpisy.

  29. Jak zacząłem czytać to się zastanawiałem czy ci się Blogo ktoś nie włamał. Ale do rzeczy…

    Ja nie byłem ale jak ochłonąłem(bo tekst mięsny) to uznałem, że mnie to wcale nie dziwi. Byłem na RB X fighters w Poznaniu i zgadnijcie: było słabo. Sami zawodnicy byli super, choć srednio to można docenić zza bramki z 3 piętra. I tam też był małysz i całkiem fajnie się pokazał.

    Ale organizacja tragiczna. Bezsensu koncert Don Góralesko bodajże w przerwie, bez zapowiedzi, nagle i z dupy. Dodam, że w Poznaniu tak nam stadion zrobili, że z głośników jak coś leci, to trzeba być z marsa, żeby rozumieć.

    Więc nie jestem zdziwiony, że się nie udało, w sumie to stadion jest wymyślony dla piłkarzy.

    Ale dziwi mnie nie profeslonalizm prowadzących: Szulim podobno kocha motocykle, a Prokop prowadzi automaniaka(średniawka) i podobno ma/miał E30 M3. Czyli powinni coś dać od siebie.

    A co do jednego komentarza że Blogo by nie narzekał jakby niżej siedział. Na tym polega istota zapraszania i kupczenia dziennikarzy, blogerów, etc. że za darmo daje im się “kiełbasę” tu bilet. Więc miejsca powinny być super, żeby pisał że zajebiście. Tym bardziej, że to Blogo dostał bilety do rozdania a nie np notlauf lyb tommy(choć nie mam pojęcia kto to).

    Dziwne czasy żeby tak pisać, ale gratuleje własnego zdania Rafał. Gdybym ja odpowiadał za marketing w Orlenie(i innych korpo z branży moto) to jeszcze bardziej chciałbym,, żebyś pojawił się za rok na imprezie mojej firmy. Ale pewnie będzie inaczej za rok tj na verve bilety nie będzie :D

  30. Można lubić, można nie lubić, ja Jamiroquai nawet lubię choć bez przesady, ale OD FUNKOWEGO BASU TO SIĘ WAŚĆ ODPIERDACZ. Bo Ci wysprzęglę Precisionem we fizjonomię (Alembica mi szkoda na tego typu manewry).

    Idę sobie poklangować.

  31. Dakar był sto razy lepszy niż ten surfing na narodowym. Fajnie to rozplanowali, trasy, przejazdy. Dla mnie to była świetna impreza sportowa.

Pozostaw odpowiedź Ł Włoch Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *