#92 Opony zimowe nie istnieją!


Opony letnie kochają błoto pośniegowe…

Ilekroć dzieliłem się poniższymi spostrzeżeniami ze znajomymi, wychodziłem na wioskowego gupka. Takiego prostego chopka.
- Śmigaj w góry na letniaczkach!
- Sprawdzimy się w styczniu na zakrętach!
- Może ci pożyczyć, jak cię nie stać?
Mówili. Śmiali się. Drwili. A mi było przykro. Raz nawet płakałem. Targały mną torsje żałości i konwulsje odrzucenia. Gluty waliły mi z nosa. Z ucha sączył się smutny wosk. Kleiste łzy kapały z brody na parkiet. Lewa noga poszła mi na tej breji w bok i chlup… leżałem w kałuży wyszlochanych wysięków. Wstyd!

20.11.2007 | Komentarze: 28 | Czytaj dalej »





#85 Nie jest łatwo być „gerberem”


Gerbery w bagażniku

Normalnie, jak zbliża się 1 listopada i wiem, że trzeba będzie bezpiecznie przewieźć rodzinę pomiędzy 3 cmentarzami, stresować zaczynam się już w okolicach 28 października. Bo to, że ja jeżdżę dobrze i zmyślnie nie znaczy, że jakiś właściciel kapelusza nie będzie się na podporządkowanej spieszył i mi w bok nie przypakuje. Ale w tym roku postanowiłem zastosować się do prastarej mądrości pracowników Sanepidu mówiącej, że roztoczem być jest dobrze – ale jeszcze lepiej jest być odkurzaczem. I tym sposobem, wyjątkowo i z premedytacją, w dniu Wszystkich Świętych zostałem encyklopedycznym „gerberem”. Wszak wchodząc między wrony lepiej krakać tak jak ony…

02.11.2007 | Komentarze: 11 | Czytaj dalej »





#84 Akcja “Gerber”


Gerber w pełnej krasie. Dziś jako kwiat. 1 listopada jako kierowca

Znów to samo – drogowa apokalipsa. Patrzcie, zapamiętujcie, jak trzeba to nawet notujcie – następny post będzie relacją z akcji “Znicz” i kreatywnych wyczynów wszystkich tych, którzy w kapeluszu, z załadowanym gerberami bagażnikiem i tylną półką po sufit cofają (po raz pierwszy od roku, kiedy to tyłem, przy asyście żony wstawili Wartburga do garażu) na przycmentarnych, zatłoczonych ponad miarę alejkach.

31.10.2007 | Komentarze: 18 | Czytaj dalej »





#80 Taaaaaka ryba!


Dwa niebezpieczne zakręty na Trasie Toruńskiej w Warszawie

Na trasie Toruńskiej są tzw. dwa niebezpieczne zakręty. Bardzo szerokie, ale dość ostre. Stosunkowo często różne auta witają się tam z barierką. Większość po prostu uderza w nią bokiem, ale są też tacy (jak na przykład Ewa), którzy wioząc dziecko z tyłu w foteliku najpierw przy 130 tracą przyczepność, potem tyłem walą w barierkę, by po wykonaniu całego obrotu skleić się czołowo z barierką po drugiej stronie. Dwa wnioski. Primo: 130km/h to na tym zakręcie zbyt dużo oraz kolejne primo: Fiat Marea to dzielne auto, które niczym bodyguard, impet bierze w pełni na siebie.

Gała z kolei poza pracą trudni się sprowadzaniem lekko walniętych aut ze Stanów. Od miesiąca walczy z Mercedesem C-cośtam 4matic. Napęd na 4 koła, nienaganny automat i ponad 170 koni, a jeździć nie chce. Coś elektronika po złożeniu przodu nie chce chodzić. Ale to przeszłość. Dziś nim przyjechał. Pokazał go wszystkim na raz i każdemu z osobna. Pysznił się i puszył. Fakt – samochód prześliczny i zadbany. Ale Gale to nie starcza – ten samochód musi być jeszcze szybki. Albo nie – najlepiej żeby od razu był mega szybki. A on, jego aktualny (choć chwilowy) właściciel – mega-kuzaj i super-chołek. Ale co ja tu będę sobie palce strzępił – sami posłuchajcie.

- “Znacie te dwa zakręty na toruńskiej? Ile tamtędy pojedziecie – 120? 130? To max. A ja tym Mercedesem dziś rano 120 jechałem. Ale mil! 120 mil! To pod dwie stówy będzie. I nic, jak po szynach! Ten napęd na cztery koła to tak go do drogi lepi, że normalnie mogłem szybciej, ale opony piszczały, bo jeszcze na zimówkach go mam. Wiecie, głównie stał po warsztatach, to nie opłacało się zmieniać…”

Niektórzy mówią na do “przechwałki”. Inni: “przegięcie”. Ja zaś wiem, że to zwykły “zonk”. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę, jak ktoś pojechał tak, że o Jezuuuuu… a potem to bokiem normalnie tak że jenyyyyy… i mu się wskazówka prędkościomierza na 240 km/h zacięłaaaaa… i kontrę założył i auto gazem prowadziiiiił… a tarcze i sprzęgło to mu tak potem śmierdziały, że… normalnie nieuwierzycie!

15.10.2007 | Komentarze: 13 | Czytaj dalej »





#78 Ale czy to jest bezpieczne?!


- Ej, kopę lat!
- Kurczę, Domik, Dzwoniłem do ciebie w zeszłym tygodniu nawet…
- Numer zmieniłem. Ty pewnie nadal masz mój stary
- No. Apropos “stary”! Ale żeś se Volvo strzelił…!
- 14 latek z Belgii. Ale komfort, mówię ci!
- Dobra, to pykacza mi puść, sobie numer zapiszę. Jadę, bo zielone.

Czy bezpieczny kiedyś jest bezpieczny teraz?

Wielu moich znajomych kupiło sobie (a w zasadzie ściągnęło) używane auta z Zachodu. Na ogół poszli na bogato – nie ściągali Golfow czy Escortow – ściągnęli Volvo 940, Saaba 9000, Mazdę 626 czy choćby Renault Safrane. Każdy wóz co najmniej 12 letni. W nienagannym stanie, zadbany, czysty. Przebiegi rzędu 250 000 km. Ale silniki spore, nie jakieś tam kosiareczki, wiec nie ma strachu.

Ja wiem (i pisałem już o tym), że takie auta mają duszę. Ja wiem, że to czasami jest lepszy zakup niźli jakieś wozidełko segmentu B prosto z salonu. Ale zastanawiam się tylko, jak taki przebieg i wiek auta wpływa na jego bezpieczeństwo bierne. Czy jest jakiś algorytm, który pozwoli przewidzieć, ile gwiazdek podczas zderzenia czołowego za 12 lat zdobędzie auto dziś 5-cio gwiazdkowe? Bo fajnie, że masa tych aut jest spora i że blachy grube. Ale co będzie, jesli to wszystko żelaztwo podczas mocniejszej stłuczki postanowi się schronić w kabinie?

11.10.2007 | Komentarze: 20 | Czytaj dalej »





#62 Życie traci na wartości


Pracownicy Volvo lubowali się w niszczeniu aut

Dawno temu, w erze przedfordowej, jeśli w samochodzie marki Volvo w wyniku kolizji drogowej zginął człowiek, specjaliści z samej Szwedzkiej centrali przyjeżdżali i własnoręcznie badali takie auto, celem ustalenia przyczyny tej tragedii. Jeśli zawiniła konstrukcja – nowy model wolny był od tej wady. Jeśli zawinił kierowca – zastanawiali się, w jaki sposób można go kontrolować.

A teraz? Teraz Volvem rządzi Ford. Po co badać przyczyny zgonu – nieboszczykowi to nie pomoże. Poza tym, denat to marny klient – nie ma co liczyć na jego lojalność względem marki… Ech, życie ludzkie straciło na wartości…

13.08.2007 | Komentarze: 7 | Czytaj dalej »





#46 Księżyc ziewnął i za chwilę zaśnie


Nie śpij, bo cię okradną. Hahaha!

Eswu wsiadł do Intercity w Warszawie, a za niecałe 3 godziny bodajże miał wysiąść w Krakowie. Przyfarciło mu się, bo jedynym kompanem w podróży był równie przystojny, młody i elegancki businessman. Na potrzeby tego postu, nazywajmy go Hubertem. Po krótkiej acz treściwej wymianie uprzejmości…

- W czym robisz?
- FMCG.
- Ja logistyka.
- Okno otworzę?
- Spoko.

…każdy z nich przyszpanował garniturem (wszak można tak powiesić marynarkę, by widać było metkę: Intermoda vs. Vistula), komórką (bo lepiej jak leży na stoliku niż w kieszeni: Nokia E60 vs. Motorola V3) i notebookiem (dziękujmy Bogu, że mają tak widoczne loga: IBM vs. Asus). Potem zapadła cisza – zanurzyli się w tabelkach i slajdach.

Pierwszy ciszę przerwał Eswu – z charakterystycznym pluśnięciem otworzył Fantę. Hubert spojrzał na to spode łba, ale sam nic nie otworzył. Potem znów Eswu zmącił spokój – zmienił ułożenie nóg, delikatnie trącając nogawkę Huberta. Ten chrząknął. “Ci chrząknę, pistolecie!” – pomyślał Eswu.

Potem przez dłuższy czas był spokój – dopóki Eswu nie postanowił odwiedzić toalety. Wyszedł, spytawszy uprzednio, czy Hubert rzuci okiem na jego rzeczy.

Wrócił po 8 minutach i…

…zastał wszystko dokładnie w takim samym stanie, w jakim pozostawił: Hubert milczał i klikał, jego komputer cichutko szumiał wiatrakiem a niedopita Fanta nadal stała na półeczce pod oknem. “A spróbowałbyś coś ruszyć, fircyku” – zalotnie pogroził Hubertowi w myślach Eswu. Zadowolony usiadł, wziął na kolana notebooka i sięgnął po Fantę. Łyknął raz (“Sie wygazowała”), i drugi raz (“Gówno nie Fanta”) i…

…i obudził go konduktor.

Policjanci później mówili, że to typowa akcja – taki Hubert usypia najpierw czujność, by potem uśpić definitywnie – wystarczy parę gramów czegośtam dosypać, i człowiek odpada. Eswu pożegnał się z komputerem (firmowym), portfelem (od konkubiny), telefonem (firmowym), teczką (gadżecik po-konferencyjny), butami (Eswu mówi, że były nowe, ale ten, kto je widział, nie potwierdza), i marynarką (niby markowa, a jakby komunijna). Nawet Fanta zniknęła, ale raczej dla zatarcia śladów.

Wciąż pamiętam te śmichy-chichy i pytania kolegów w robocie, czy Eswu jest pewien, że jego rozporek był zapięty a bielizna czasem nie była w nieładzie. I czy tęskni do Huberta. No do dziś się brechtam.

A przypomniało mi się to wszystko, jak zobaczyłem wiszącą przy drodze reklamę Intercity…

21.06.2007 | Komentarze: 9 | Czytaj dalej »





 << 1 2