BBC07 Eliminacje 91-100/120
Dziś 10 (przed-przedostatni) dzień eliminacji w konkursie Best Blogers’ Car 2007 i kolejne ekscytujące pojedynki (46-50 z 60). Dajcie z siebie wszystko. Koniec głosowania w środę 16 stycznia o godzinie 23:59. Bądźcie w zgodzie z własnymi emocjami. Zapraszam!
BBC07 Eliminacje 71-80/120
Dziś 8 dzień eliminacji w konkursie Best Blogers’ Car 2007 i kolejne ekscytujące pojedynki (36-40 z 60). Dajcie z siebie wszystko. Koniec głosowania w niedzielę 13 stycznia o godzinie 23:59. Bądźcie w zgodzie z własnymi emocjami. Zapraszam!
BBC07 Eliminacje 21-30/120
Dziś 3 dzień eliminacji w konkursie Best Blogers’ Car 2007 i kolejne ekscytujące pojedynki (11-15 z 60). Dajcie z siebie wszystko. Koniec głosowania w poniedziałek 7 stycznia o godzinie 23:59. Bądźcie w zgodzie z własnymi emocjami. Zapraszam!
#68 Tuning powoduje drgania

Wielki Szym (“wielki”, bo jak zainwestował w siłkę i wiadra odżywek białkowych, to przez 4 miesiące z 72 kilo skoczył na 114) ledwo gramolił się do swojej 12-leniej Hondy CRX. Ci, którzy jeszcze siedzieli w pracy, delikatnie zerkali przez okna. Zaprawdę powiadam wam – nie ma nic weselszego niż naprawdę spory schab pasujący się do samochodu wielkości szafki na buty.
Żal mi się go trochę zrobiło, więc zagadnąłem:
- Miałem ten sam silnik w swoim Civicu. 1,6, DOHC, 125 koni i odcięcie powyżej 8000 obrotów.
- Tyle że wiesz, ja do tego CRX’a włożyłem turbo. Teraz ma 186 koni. A jak odelżyłem koło i zdjąłem ogranicznik, to odcina mi przy 9200. Na dwójce do 110 pójdze.
- I fajnie tak?
- Generalnie strach jeździć – szybki i twardy. I cholernie lekki – na koleinach to czasami podskakuje. Znasz tą muldę na tej wąskiej drodze tu na Marysin? Normalnie Corsą to tam wziuuu! – stówką jadę i lekko mnie bujnie. A ten przy 60 się odrywa, a na lądowaniu to raz mi dolna szóstka pękła. Górna w nią przygrzała tak, że plomba mi ząb rozsadziła.
- Co ty, zawieszenia żałujesz? Chciałbyś przy tej mocy na seryjnym jeździć?
- Stary, seryjny zawias CRX jest wystarczający dla 300 koni. Ja chciałem mieć go niżej, wiec najpierw włożyłem H&R’y minus 25mm, ale mi amorki padły po miesiącu. To wtedy kupiłem jakieś gazowe Bilsteiny. I wtedy się zaczęło. Tak trzęsie, że się hemoroidów nabawiłem!
- Tia?!
- Serio. A poza tym, to na byle koleinach tłumikiem trę. A jak mam przez „gdańską” przejechać i Tiry wyrobiły dołki, to się 30 na godzinę wlokę. Szczęście, że w McDrive’ie to jeszcze do mikrofonu daję radę łbem sięgnąć i coś zamówić. Gorzej jest potem w okienku, tam gdzie żarcie dają – tak nisko siedzę, że mi panienki McZestawy na dachu stawiają…
- Ale szyber masz…
- No i dzięki Bogu. Zawsze McDrive’a przez szyber odbieram.
- Trochę chała, co nie?
- Ano chała. Ale przynajmniej mam 6 sekund do setki i nawet STI się mi ledwo na zderzak łapie…
Ja też kiedyś miałem takie ciągoty. By lepiej się auto prowadziło (tak to sobie właśnie tłumaczyłem, a naprawdę to chodziło o to, by lepiej wyglądało) chciałem zamontować krótsze sprężyny. Komplet H&R’ów był wtedy po 540 zł. Ale Margolcia zaczęła na świat się pchać, więc cała ta flota poszła na pieluchy. Może i dobrze…
Junior w swoim Seicento miał krótsze sprężyny. Rok wytrzymał. Jak zmienił na chybotliwe seryjne, to mu lekarz powiedział, że to był ostatni moment. Jeszcze kwartał takich drgań i miałby to samo, co zawodowy operator młota pneumatycznego albo tej dziwnej, skaczącej ubijarki do piachu:
- Proszę Pani, proszę się uspokoić i powiedzieć, co się w tej łazience stało?
- Mąż powiedział, że idzie się ogolić…
- I co potem?
- I potem się golił…
- To skąd tu tyle krwi?! I gdzie jest jego twarz?!
- Mąż miał problem z drganiami…
- Jaki problem?
- Po prostu drgał… Głównie ręce… A mówiłam mu, by nie zmieniał nożyków na nowe…
A wy, czy jesteście w stanie zrezygnować z komfortu, by w osiedlowy zakręt wejść o 3 km/h szybciej? Czy dzisiejsza szybsza jazda warta jest jutrzejszych problemów z doniesieniem naleweczki do ust? Są przecież inne metody, by na starość ograniczyć picie – wystarczy za młodu żreć masło na potęgę – bankowo na stare lata zapomnicie, gdzie jest kluczyk do barku. Ba, mało tego – zapomnicie nawet, gdzie tak w ogóle jest ten barek…
#32 Monica Bellucci wśród aut
Tym postem rozpoczynam nową serię krótkich tekstów, tzw. “shortów” – stąd to (s) przy numerze powyżej. Nie będą to żadne tam historyjki powalające swoją głębią na kolana, zadające bobu wyobraźnią literacką czy choćby zapadające w pamięć na zawsze. Będą to po prostu kilku-zdaniowe posty, które będą się pojawiać z zaskoczenia. Takie ABC blogowania: wstęp, omówienie, opinia, ewentualne pytanie otwarte do was. Ot, taki “short”. Bo nie zawsze daję radę z tak dobrą historyjką tu podjechać…
A przechodząc do rzeczy…

Każdy na coś choruje – jeden na grypę, ktoś inny na łupież, mój sąsiad z dołu na utwór „Mury”, który prawie codziennie puszcza w kółko pomiędzy 21:00 a 21:30, znam gościa, co choruje na widok posła Cymanskiego… a ja od dawna choruję na Hondę Prelude. Radziłem się wielu specjalistów – dermatologa, neurologa i oczywiście internisty na początku. Nic – zero pomocy z nikąd. Preludka mnie dopadła i trzyma.
Do końca tygodnia będę w Szwedzkim Lund (pewnie z Internetem chała, bo to zacofany kraj, nawet Euro nie mają…) – mam nadzieję, że w hotelu będzie chociaż wanna – co wieczór ciepła kąpiel, czysta pościel, darmowe mydełko i papierowe kapcie – może mi przejdzie.
A wy, moto-hipochondrycy, na co chorujecie?
#24 Nieudolna wizja przyszłości

Założę się, że mniej więcej 20 lat temu jakieś włoskie studio stylistyczne zadało swoim początkującym designerom (czy nawet praktykantom) zadanie zwizualizowania samochodu XXI wieku. I ci młodzi, nieopierzeni graficy siedli wspólnie do pracy i zmajstrowali zbiorowy projekt.
Przedstawili go szefowi, a on skomentował go jednym, dosadnym przemówieniem:
- Wygląda toto tak, jakby leniwy rzeźbiarz dostał zlecenie, którego nie chce mu się wykonać. A że pieniędzy potrzebował, postanowił jednak je zrobić i jak najmniej się namęczyć. Wziął tedy kloc drewna i ociosał go najmniej jak potrafił. Taki mi właśnie tu projekt pokazaliście – klocek mało ociosany – rozejrzał się po zarumienionych twarzach i kontynuował – Wygląda to jak ogólny zarys samochodu. A gdzie finezja, gdzie detale, gdzie emocje? No gdzie, się ja pytam? (szyk przestawny jest w pełni uzasadniony – mistrz designer miał babkę Niemkę).
I studio to schowało projekt do szuflady. Przylepili na nim nawet żółtą karteczkę (o ile takowe były 20 lat temu) z odręcznym dopiskiem: „raczej niesprzedawalny”.
20 lat później, czyli jakieś 2 lata temu, do tego włoskiego studia projektowego zgłosił się zabawny japończyk – miał zbyt wysoko podciągnięte szorty, białe podkolanówki, obciskającą obły brzuch koszulkę polo z krokodylkiem na piersi i malutki aparacik cyfrowy dyndający u szyi. Przedstawił się jako prywatny inwestor poszukujący projektu dla nowego auta, które chciałby produkować w małych seriach. Jako, że budził zaufanie, Włosi pozwolili mu pobuszować w projektach. I w ten właśnie sposób mały i niepozorny Japończyk wszedł w posiadanie projektu sprzed 20 lat, przedstawiającego auto przyszłości. Słono za ten projekt zapłacił, bo Włosi to cwaniaki – odegrali scenkę sugerującą, że to jeden z najbardziej skrywanych projektów ich biura.
Ale Japończyk też oszukał Włochów – nie był niepozornym turystą a cenionym Japońskim stylistą, chwilowo bez weny. Odpowiadał za projekt nowej Hondy Civic. I kupiony za niemałe pieniądze nieudolny projekt włoskich praktykantów posłużył mu za bazę do ostatecznego projektu auta.
Co z tego wyszło, widzimy dziś na naszych drogach. Znając powyższą historię (za jej prawdziwość nie ręczę, być może sam ją na szybko wymyśliłem) wiemy już, czemu nowa Honda Civic wygląda tak, jak wygląda. Ten projekt jest po prostu zły od podstaw. W pierwszym kroku popełniono błąd – nie można tworząc nowoczesnego auta wzorować się na wizjach przyszłości sprzed dwóch dekad! Taki kształt karoserii, takie detale zewnętrzne, takie wnętrze to nie dzisiejsza wizja przyszłości. To wizja naszych czasów oczyma ludzi z 1985 roku.
Czyż baryłkowaty profil karoserii, nie różniący się znacznie od w miarę normalnego (acz również zupełnie nieudanego) Civica poprzedniej generacji, nie jest nazbyt futurystycznie pociachany zgnieceniami i kątami ostrymi?

Czyż przeźroczyste płaty przednich i tylnych świateł nie wyglądają jak żywcem wyjęte z projektu extra-wozu bojowego stworzonego na nudnej lekcji polskiego przez nastolatka? I do tego światła te, przy obecnej technologii, nie zyskują nawet po ich włączeniu – żarówki nie doświetlają zakamarków reflektora, tworząc wrażenie kurzu i nieporządku wewnątrz.
Czyż deska rozdzielcza z tym płatem plexi przed zegarami, kuriozalnie wystającymi kratkami nawiewu oraz rozrzuconymi przyciskami i pokrętłami rodem z taniej Hondy Jazz/City nie wygląda jak kokpit Fiata Multipla?
Do tego cała lista kuriozalnych detali: plastykowe zaślepki rur wydechowych w słabej wersji 1.4, klamki tylnych drzwi ukryte w słupkach (jakby to miało kogoś zmylić, że patrzy na auto coupe) czy choćby przedzielenie tylnej szyby w poprzek, które nie wiedzieć czemu służy (design? spojler? atrakcja turystyczna?).

Czy zatem nowa Honda Civic ma jakieś zalety? Otóż ma. I to aż trzy!
1. Bardzo ładną i poręczną kierownicę.
2. Uroczo małe tylne drzwi z niewielką szybą, zza których pasażer tylnego rzędu ledwo cokolwiek może zobaczyć.

3. I zaleta najważniejsza – dzięki niej Toyota Auris nie wygląda jeszcze gorzej, niż mogłaby wyglądać. Nie wiem czy wiecie, że po ogłoszeniu wstępnego projektu Hondy Civic Zarząd Toyoty zrezygnował z wypuszczenia zaraz po Hondzie następcy Corolli. Mało tego – Toyota zwolniła cały dział projektowy i zaczęła tworzyć nowy design auta od podstaw. I dzięki temu Auris wygląda jak Yaris z nadwagą. A przecież gdyby nie nowy Civic, mógłby wyglądać równie dramatycznie jak Yaris Verso…

Miałem kiedyś Hondę Civic. Niefartowną, ale prześliczną. I jak tu mieć sentyment do tych aut?
A czy wam podoba się nowy Civic? Ciekawe, czemu…
#19 Beginner’s luck

Kupiłem kiedyś samochód – używana Honda Civic Si (3d 1600ccm 125KM). Kupiłem z rana. Wieczorem umówiony byłem z jego poprzednim właścicielem na mały kurs po opony zimowe – miałem je sobie zabrać z jego działki.
Najpierw pojechałem na myjnię. Automatyczną, a co! Wjechałem, wyszedłem na moment by ją uruchomić i szybko wbiegłem z powrotem do auta. Gdy wielka szczota była na dachu, radio załczęło charczeć. Teleskopowa antena, zaginana przez tę szczotę, majestatycznie kreśliła rysę po dachu i drzwiach. Urwałem ją w końcu przez uchylone okno, ale nie wyrobiłem się przed natryskiem, który rozpylał chyba jakiś wosk – nie znam się, ale wnioskowałem tak po trudnej do usunięcia, tłustej naleciałości na twarzy, kierownicy i podsufitce. Spoko. Pierwsze koty za płoty.
Pojechałem do miasta. Słabo w centrum z parkingiem, ciasno – dla bezpieczeństwa złożyłem lusterka. Delikatnie – wszak samochód nie jest nowy. Jak wróciłem, to o lusterkach zapomniałem. Nie chciało mi się już wysiadać, więc rozłożyłem je od środka. Ciężko do lusterka pasażera sięgnąć ręką, ale od czego nogi. Lekki kopniak przez uchyloną szybę i lusterko z chrupnięciem otwiera się, ale jakby za bardzo. Potem odbija się od przedniej szyby i wraca. Spoko. Taśma klejąca utrzyma je w ryzach.
Potem przyszpanowałem autem Juniorowi. Podwiozłem go do metra. Czekał na przejściu na zielone, więc mogłem przed jego nosem strzelić ze sprzęgła i poczernić zebrę z piskiem. Poza czarnymi śladami zostawiłem na przejściu połowę wydechu. Spoko. Civic zyskał bardziej rasowy gang.
Potem jeszcze został mi w ręku malutki suwak od regulacji temperatury (a najgorsze, że wystający metalowy uchwyt nie dał się ręcznie przesunąć i uporczywie trwał po czerwonej, gorącej stronie), nie wiedzieć czemu zapaliła się kontrolka ładowania, a z tylnych łożysk zaczął dobiegać specyficzny szum. Spoko. To używany samochód – czego można oczekiwać…?
Poprzedni właściciel czekał wieczorem w umówionym miejscu. Wsiadł i od razu przeszedł do rzeczy:
- Uuu… strasznie Pan tu grzeje.
Spojrzał na regulację temperatury, a raczej jej brak i znacząco chrząknął.
- Niezły wydech. A ta rysa na dachu i drzwiach również niczego sobie – powiedział. – A opony to przebije pan od razu tam na miejscu, czy rozpruje nożem dopiero w domu? Aha, nie ma Pan przedniego…
- Wiem – przerwałem mu – żarówka się chyba przepaliła.
- Tak, widziałem, ale chciałem powiedzieć, że zgubił Pan gdzieś przedni prawy kierunkowskaz…
Spoko.
#18 The Great Ecological Swindle?

Czy wiecie, że przy obecnej technologii stosowanie w autach napędu wodorowego, mimo jego 100% czystości, jest bardziej wyniszczające dla środowiska, niż standardowa jazda na bezynie / oleju napędowym? Pomimo tego, że auto napędzane wodorem (nie tyle auto, ile prototyp auta, bo chyba nikt jeszcze seryjnie czegoś takiego nie produkuje) wydala z siebie wyłącznie wodę (i to zdatną do picia), wyprodukowanie ilości wodoru potrzebnej do przejechania 100 km jest pierońsko drogie i szkodliwe dla środowiska. Tak bardzo szkodliwe, że mniej zanieczyszcza wyprodukowanie 10 litrów benzyny / oleju napędowego plus wszystkie syfy emitowane przez jadące na tej benzynie auto (łącznie z zostawionymi na drodze okruchami gumy, zużytym na dystansie 100 km olejem i wypalonymi podczas tej podróży papierosami – i to wcale nie light)!
Ale… mimo teraźniejszych trudności ciężko przypuszczać, że w przyszłości dominować będzie inny rodzaj napędu. Przecież wodór jest powszechnie obecny w atmosferze. A zużywające go auta są w stanie rozwiązać problem niedoboru wody w krajach trzeciego świata. Wystarczy tylko zorganizować transfer spalin (czyli właśnie wody) np. do Etiopii.
Przy napędzie wodorowym promowane teraz auta hybrydowe (silnik spalinowy + elektryczny) zdają się być tak zaawansowane, jak lokomotywa parowa z początku XX wieku vs. TGV. Z dostępnych na rynku aut hybrydowych tylko Toyota Prius jest w stanie pokonać jakiśtam (niewielki, to fakt, ale zawsze…) dystans bez zużycia choćby grama benzyny. Tylko ona, podczas delikatnego ruszania, jedzie wyłącznie na silniku elektrycznym. W korku można bezszelestnie sunąć niczym tramwaj. Ani Honda Civic IMA, ani żaden z Lexusów tego nie potrafi.
Ale… niedawno czytałem wnioski z raportu amerykańskich ekologów – ich zdaniem występujące obecnie ocieplenie Ziemi, potocznie zwane efektem cieplarnianym, nie jest niczym nowym w historii naszego globu. To cykliczne zjawisko – ostatnim razem wystąpiło 6000 lat temu i wydatnie wspomogło rozwój rolnictwa.
I człowiek nie jest tu niczemu winien – zdaniem tych ekologów, ludzkość odpowiada zaledwie za 3% (słownie: TRZY PROCENT!!!) gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. 97% emitują wulkany, zwierzęta lub niektóre gleby! Shit!
Nasuwają się dwa pytania:
1) czemu raport ten nie został upowszechniony?
2) czy wobec tego, jakiekolwiek wysiłki związane z dbaniem o środowisko, mają jakikolwiek sens?
Mnie nasuwają się następujące odpowiedzi:
1) raport głosi niepopularne tezy, które stają w opozycji do polityki państw i koncernów. Polityka proekologiczna, corocznie ustalane normy EURO-ileśtam, udział w wyścigu ZLEV (Zero Level Emission Vehicle) itp. sprawy to żyła złota – każde Państwo i każdy koncern wyłoży na to pieniądze. Czemu raportem małej grupy ekologów zabijać tak dochodowy biznes? Poza tym, niełatwo jest kartką (lub nawet kilkunastoma kartkami) zabić kurę znoszącą złote jajka. Nie wierzycie – jedźcie na wieś i palnijcie kuraka z A4…
2) Oczywiście, że mają sens. Zarobione pieniądze trzeba jakoś spożytkować. Lepiej proekologicznie. Choć mnie osobiście to wisi – nie kupię sobie auta z silnikiem beznzynowym 1.0 lub dieselka 1.4 – choćby i miał palić 4l na 100km. Nie, bo nie. Bo życie to również frajda. Jakbym dbał o ekologię, tobym autem bez skarpet i majtek jeździł. Wszak każdy gram wpływa na ilość spalanej benzyny…













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

