#67 Służbowego diabeł nie tknie

Grzechu, mimo że już u nas nie pracuje, wpada od czasu do czasu pogadać z ludźmi, bo interesy nadal nas łączą. Odchodząc na swoje, odkupił od firmy służbowego Forda Focusa, którego od nowości użytkował.
- Ej, ty nadal z firmowymi naklejkami na drzwiach?
- A wiesz, gdzie teraz mam biuro?
- A co to ma do rzeczy?
- Ale wiesz gdzie?
- Gdzie?
- Na Pradze. Tuż obok miejscowej mety i osiedlowej palarni na ławce pod śliwą. Z nalepkami to mi auta nie zniszczą. Każdy wie, że jak firmowe – to katowane na bieżąco. Nawet sobie felgi nie naprostowałem po tej dziurze na Krakowskiej, co przed odejściem z firmy wpadłem. Niech widzą, że normalnie służbówka jest jeżdżona, że na półmetrowe krawężniki na dwójce z rozpędu nacieram.
- Ale klienci ci na auto patrzą…
- No i co? I dobrze, że naklejka wasza jest. Co ja mam za firmę? Jednoosobową. Zwykłe nic. A tak mam prestiż – mówię, że już jestem na swoim, ale że nadal z wami współpracuję. I wtedy cmokają.
- Trochę nie fair.
- Przestań. Wiesz przecież, co sprzedaję. Wy już tego nie macie. A ja wam w drogę nie wejdę. Jak się uprzesz, to sobie na drzwiach nakleję Plus GSM albo Zbyszko Company i tę panienkę “Ja pragnę, ty pragniesz”, byleby na firmowy wyglądał.
- Skorpiona albo jakiegoś dzika sobie naklej, że niby “Ochrona” i “Patrol interwencyjny”.
- No co ty, dziecko jesteś?! Jak bym podjechał jako “Ochrona”, to te podwórkowe zipy japonię by mi obiły i dzwonem bym w trzepak wjechał.
- Może i ja powinienem sobie coś na drzwi walnąć. Ursynów powoli na psy schodzi. Gównarzeria wychowana na budowie metra dorosła i wieczorami albo śpi w krzakach pijana, albo się snuje i za kwarcami do aut zagląda.
- “Rutkowski Patrol” sobie naklej.
- Ech, chyba będzie trzeba…
#58 Czujesz bounce, baby?

Wakacje w pełni. Nic się nie chce. Nie chce się pracować, nie chce się blogować… W weekend robiliśmy z Darem wioskę na mieście. Na kierownicę założyłem białego futrzaka, na lusterku zawisły pluszowe kostki wielkości kilogramowych toreb mąki a podsufitkę wylepiliśmy różowym futrem, które w tylnej części auta stylowo zwisało zasłaniając wsteczny widok, bo nam kleju zabrakło. Obowiązkowo na tylne boczne szyby wrzuciliśmy czarną folię z odpowiednią ilością bąbli i niezbędnym cięciem przez środek. Na oponach białą farbą pociągnęliśmy nazwę modelu gumy, a na antenkę naciągnęliśmy skarpetkę.
Daro kierował, więc ograniczył się do niebieskiego afro, ja zaś w góralskim futerku z zielonymi błyszczącymi włosami buńczucznie wymachiwałem plastikowym coltem na wodę (tym samym, który jakiś czas temu wmanewrował nas na przystankowy śmietnik). Z sidika przygrywał Iwan i Delfin. Czasami padało, czasami grzało. Wyjeździliśmy pół baku. Trochę kasy szkoda. Ale ogólnie luz, żałować nie mamy czego – ot, kolejne marzenia z dzieciństwa zrealizowane…
#42bis Odzew stulecia
Wiecie – nachalność i narzucanie się to nie ja. Ale jedno trza faktom oddać – konkurs popularny jest. Oj jest! 4 wybitne propozycje. Cztery! No nie ma szans. Leży i kwiczy. Jury się poddaje. To nokaut. Zamiast kilku minut, obradować będzie dobę. Litości!
To musi być wina siostry. I jej biżuterii na zębach. Tamto zdjęcie działa jak lep. Bez dwóch zdań. Poniżej inna fotka – zamiast brylantów w siekaczach, widać przypasowany do nich rubin na serdecznym lewej dłoni. Popatrzcie i wyluzujcie, bo mi serwej padniej. Koniec będzie. Odłoży łyżkę!

Jury zaczyna wybierać we wtorek koło 22:00. Wyniki w środę z rana – w gazetach, porannym paśmie TVN24 i na wszelkiej maści portalach. Reuters i PAP też doniesie. Jak dam radę, to też postaram się coś tu na blogu przypostować. Ale obiecać nie mogę. Rodzina, praca, świece muszę wymienić…
A temu, kto czegoś w tym konkursie nie wymyśli, życzę takich przygód nie tylko w Wielkanoc. Jest się czego bać, bo lekarze strajkują!
#42 Dyblog dla mistrza kreacji

Pamiętam, że moje pierwsze miesiące w blogosferze owocowały codziennymi zagwozdkami – co on miał na myśli? Czy wszyscy popełniają te same literówki? Czy blogosfera pełna jest dysgrafików i grubopalczastych spelling-mistejkowców? Z biegiem czasu jednak zacząłem jorgać, o co w tym wszystkim chodzi i co znaczą te wszystkie absurdalne lole, rotfle i afaiki. Choć do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla wszystkich, którzy używają, a co gorsza rozumieją, akronim lolak.
Postanowiłem na łamach tego bloga, z Waszą oczywiście pomocą, stworzyć mini słownik akronimów motoryzacyjnych. Wiem, że taka inicjatywa jest potrzebna – bo wyobraźcie sobie sytuację, gdy gruby wędkarz wyskoczy wam przed maskę z podporządkowanej swoim Hyundaiem Pony. Zamiast lżyć go i poniżać, wystarczy krótko i treściwie rzucić przez uchylone okno: Enespede! (NSPD, czyli “Naucz się przepisów, durniu!”). I sprawa załatwiona. Jeden-zero dla was. A wędkarz ma się z pyszna…
Poniżej widzicie opracowany przeze mnie na przestrzeni ostatnich 21 miesięcy (4h codziennie, weekendy i święta kościelne wolne) zalążek słownika. Skoro ja mogę go używać, Ty możesz również!
- NMK (czyt. enemka), czyli: niezłe masz kapciochy – elokwentny komplement dla niebanalnych opon;
- KZZ (czyt. kazetzet lub kazyzy), czyli: kul zglebiony zawias – treściwy komentarz do obniżonego zawieszenia;
- ABZNP (czyt. abezetenpe z akcentem na “ze”), czyli: ale bryczka zaraz nas połknie – zwrócenie uwagi pasażera na wyprzedzający nas właśnie sportowy (lub co o wiele częstsze – służbowy) samochód na ksenonach;
- DCPN (czyt. decepeen lub de-stacja), czyli: dłubałeś coś przy nim? – niedowierzające pytanie kierowcy Golfa III (składak), który został wyprzedzony ze startu zatrzymanego spod świateł przez Seicento Sporting, ale udało mu się go dogonić na kolejnych światłach, gdzie zadał to akronimowi pytanie;
- STTOM (czyt. stom – tak twardo, po szwedzku), czyli: standard, tylko tłumik od Malona – odpowiedź, którą kierowca Seicento Sporting może nieodwracalnie psychicznie zglebić kierowcę wyprzedzonego Golfa III;
- NPJ (czyt. enpejot, lub z jęz. ang. enpedżej), czyli: nieźle przyjebał – typowy komentarz 85% kierowców mijających wsparte przednią szybą o drzewo srebrne Audi A4;
- AGO (czyt. ago), czyli: ani grama oleju – krótka odpowiedź na pytanie “Ile bieże?”, jakże charakterystyczna dla zawodowego sprzedawcy aut używanych;
- PJO (czyt. pjo), czyli: przebieg jest oryginalny – oczywiście, to widać, bez dyskusji, wierzę Panu (a potem zmieniasz komis);
- SPK (czyt. espeka lub espek), czyli: samochod po kobiecie – bo wszak każdym autem z podwarszawskiego komisu wcześniej jeździła tylko spokojna nauczycielka polskiego, mieszkająca rzut beretem od szkoły, co tłumaczy tak niski przebieg, który przecież jest PJO;
- JPW (czyt. jotpewu lub dżejpef), czyli: jestem pierwszym właścicielem – standardowa zagrywka telefoniczna pana Marka, zawodowo trudniącego się ściąganiem lekko bitych aut z Belgii i Holandii;
- UK (czyt. uka), czyli: usunąłem katalizator – typowa wypowiedź na forach motoryzacyjnych w wątku “Domowy tunning, czyli jak tanim sposobem podnieść moc auta o zniewalające 2 konie mechaniczne”;
- BMOKT (czyt. bimokt), czyli: brak możliwości odłączenia kontroli trakcji – jeden z najczęściej spotykanych zarzutów wobec samochodów o sportowym wizerunku, powielany we wszystkich pismach motoryzacyjnych – bo jakby rzeczywiście kogoś poza 1 promilem kierowców bolał nieodłączalny ESP w reprezentacyjnej limuzynie za 180 tysięcy złotych;
- 10DS (czyt. 10dees), czyli 10 sekund do stu – nierzadka przechwałka forumowa właścicieli 60 konnych Seatów Ibiza lub Fordow Fiesta 1,3l, po tym, jak zamontowali im tłumik, stożek i świece NGK;
- MPT<5PM (czyt. empete5peem lub mniej5peem), czyli: mój pali teraz mniej niż 5 litrów po mieście – również typowa wypowiedź forumowicza, podkreślająca proekologiczne walory domowego strojenia silników zasilanych gazem;
- GWP (czyt. giewup), czyli: gaz w podłodze – styl jazdy dzieci, użyczających auta od rodziców;
- WK2H (czyt.wukadwie), czyli: Warszawa-Kraków 2 godziny – standardowe założenie czasu dojazdu na spotkanie większości przedstawicieli handlowych użytkujących Ople Vectra, Fordy Mondeo, Renault Laguny czy Toyoty Avensis (wszystko w Dieslu, oczywiście);
- WTIŚ (czyt. wtilala z mazowieckim zaśpiewem), czyli: wieś tańczy i śpiewa – cisnący się na usta komentarz do niektórych zdjęć “naszych aut” prezentowanych przez aktywnych i łasych na komplementy forumowiczów;
- ASNP (czyt, asenpe), czyli: Alfy się nie psują – stary i brodaty żarcik, nadal wywołujący uśmiech u znacznej większości samochodziarzy… choć jak można się domyślać, nie wszystkich śmieszy.
A na koniec standardzik. Ręka przy uchu i szara codzienność. Nic nieznaczący przerywnik w rozmowie telefonicznej. W zasadzie nawet nie przerywnik – ot, taka forma przywitania. Takie otwarcie konwersacji. Taki wtopiony w wypowiedź, niesłyszalny niemal przecinek.
NMRJS (czyt. enem-blabla-brumbrum), czyli: nie mogę rozmawiać, jadę samochodem.
Acha – dla golloba kreacji, kubicy surrealizmu i hołka elokwencji przygotowałem uniklany i jedyny w blogosferze wirtualny Dyblog!!! Decyzję podejmie jury jednoosobowe, no chyba że Ryba postanowi się z moim “wirtualnym ja” trochę bardziej zintegrować.
Liczę na waszą inwencję. Jak się coś pokaźnego w komentarzach uzbiera, to kto wie – może jakąś wersję „do druku” przygotuję z tego później.
Czytelnicy – do klawiszy!
Ale bez pośpiechu – jest czas, przemyślcie kwestię, by nie wypalać w komentarzach ślepakami. Pamiętajcie – tworzymy dzieło dla potomnych! Powodzenia! Dyblog czeka!
#39 Road rage, czyli post pełen żółci

Wieczorem mój kolega trochę się spieszył na kosza i został mu tylko jeden niewinny skręt w prawo. Ale utknął na światłach właśnie na tym prawym pasie – nie było zielonej strzałki (ani podwieszanej, ani zapalanej), więc stojący przed nim kierowca w służbowej Skodzie Octavii miał pełne prawo ignorować jego chęć skrętu. Kolega się spieszył, więc ominął go po lewej – ale miał pecha, bo jak wyjechał przed tę Skodę i rozpoczął dość powolny manewr skrętu w prawo (przez tory tramwajowe), zmieniły się światła i kierowca tej służbówki ruszył zaperzony i dość poważnie obtrąbił kolegę. Mało tego – skręcił za nim, i śledząc go niejako, pojechał aż na parking pod salą. Tam wysiadł i dość agresywnie wyłuszczył swoje racje – że k***a naucz się jeździć ch**ju, że ci zaraz pie****nę, i że k***a, k***a i w dupę…
Kolega nie gra w kosza sam, bo to niepopularne, więc parking zapchany był zawodnikami – między innymi i mną. Była nas siła, więc “tafgaj” z Octavii mocno przestraszony uciekł, rzucając przez otwarte okno jeszcze kilka wyzwisk typu: kokota, pupa i siurek.
Nie da się ukryć, że gość ze Skody miał rację. Miał rację… i co z tego?! Zachował się jak dureń, który myśli, że agresją naprawi świat.
Zachował się niczym mistrz, który stanie na środku jednokierunkowej pod blokiem, by nie puścić jadącego z naprzeciwka (pod prąd, to fakt) przyjezdnego na lubelskich tablicach, którego idiotycznie wytyczone dróżki i losowo rozstawione zapory przeciwko straży pożarnej, karetkom i śmieciarkom zmusiły do tego “przestępstwa”.
Zachował się niczym jedyna sprawiedliwa, która po wykonanym przed nią manewrze zmiany pasa bez mrugnięcia kierunkiem dogania cię, ryzykownie wyprzedzając przed przejściem, i jedzie obok nieszczędząc epitetów i wymownie pukając się w czoło. Jedzie tak i jedzie, i puka się i puka… ale na drogę niespecjalnie patrzy.
Zachował się niczym gwiazdor NASCAR, który tak skutecznie i z premedytacja nie daje ci zmienić pasa ruchu (“k***a przecież wcześniej mogłeś ten pie****ony manewr wykonać, z daleka było widać roboty i był znak o zwężeniu, ty durniu”), że nawet o pobocze i krawężnik wysoki na 40cm zahaczy, byś tylko nie wjechał w korku przed niego.
Zachował się niczym król mazurskich szutrów, który gdy tylko mu delikatnie zajedziesz (zdarza się przecież) musi cię wyprzedzić i zahamować przed tobą. Acha – ten manewr nie występuję na ogół samodzielnie – jest dostarczany w McZestawie – wyprzedzenie, przyhamowanie, zajeżdżanie i strojenie groźnych min we wstecznym lusterku.
I po co to wszystko?! Agresją zmienisz świat?! Wal się na ryj! Chcesz sparing? Wysiądź – ważę 96 kilo – i uwierz mi, że jak ci usiądę na brzuchu, to ci się furia wyprzęgli na dłużej.
PS. Opisane w poście wydarzenia wydarzyły się naprawdę. Gdybym zapamiętał numery rejestracyjne tych “bohaterów”, byłyby one tu opublikowane.
PS2. Zauważyłem, że wylewanie żółci jest coraz bardziej popularne w blogosferze. Niniejszym dołączam do tego pochodu tym debiutanckim żółcio-postem. Bądźcie wyrozumiali – wszak to debiut…
PS3. A jeśli przypadkowo mieliście podobne momenty – dajcie znać. Możemy się namówić i znaleźć tych cwaniaków. Podeślemy im zdjęcie dziecka wychodzącego ze szkoły. Napiszemy kredą na drzwiach K+M+B 2005. Zabrudzimy szminką kołnierz płaszcza. A gdy to nie poskutkuje, naślemy zawodowca – sprzedawcę odkurzaczy Rainbow – taki nie odpuszcza, idzie za ciosem jak Rocky, jest prawdziwym pistoletem – zorganizuje im w domu prezentację dla najbliższych przyjaciół i gość będzie towarzysko spalony. Opuści go żona. Dzieci zrzekną się alimentów. Bankomat połknie mu kartę a nocą zakoszą mu chromowane kołpaki. I pomyśleć, że wszystko to dzięki jednemu głupiemu manewrowi. Inne życie zaczyna się w aucie…
#31 Wydecholipsa
Przywołany do porządku po dygresyjno-obyczajowo-publicystyczno-beletrystycznych postach, wracam do szeroko pojmowanej motoryzacji. Post krótki, bo i temat niebyt nośny…

Minął mnie zatem dziś w drodze z pracy Polonez Atu z silnikiem Rovera. Zadbany: wszelkie ślady korozji zatuszowane lakierem podobnym do oryginalnego, gustowna ciemna i bąblowata folia na wszystkich dozwolonych prawem szybach, tylne światła pociągnięte wbrew prawa ciemnym spray’em, odgromnik z czerwonym odblaskiem, czarne listy na krawędziach drzwi również z odblaskami – jednym słowem: Pimp My Ride.
Kierujący nim szczawik (to nie jest pejoratywne określenie, nic do niego nie mam, po prostu był młody) miał delikatnie nieświeży i błędny wzrok. Ano bo… Polonez miał założony rasowy, srebrny wydech Mugena w motocyklowym stylu: prosta rura o średnicy przemysłowej rynny. Normalnie możesz sobie w środku zamontować zastawkę, tzw. silencer, ale ten kierowca z tego nie skorzystał…
Hałas, który to auto emitowało, był porażający. Samochody zaparkowane nieopodal zaczynały autoalarmem przywoływać właścicieli. Sygnalizacja świetlna na drodze jego przejazdu przełączała się w tryb awaryjny i migała żółtymi. Na Żoliborzu ponoć wystąpił spadek mocy i przejście na III poziom zasilania. Huta “Sędzimira” wygasiła piece – po raz pierwszy od stanu wojennego. Nieopodal Bełchatowa zapadło się odkrywkowe wyrobisko węgla brunatnego. Apokalipsa!
- Darek, byłeś w sklepie?
- …
- Byłeś w sklepie?!
- …
- Darek!!!
- Co?
- W sklepie byłeś?
- Byłem.
- Kupiłeś włoszczyznę?
- …
- Czy włoszczyznę kupiłeś?
- …
- Darek!!!
- Co?
- @#%&!!!
- Oj, daj spokój, mi ten wydech nie przeszkadza…
#30 To była piękna porażka

Urodziny Ryby były w sobotę. Akwarium zamówiłem w czwartek, odbiór był na piątek. Sprzedawca powiedział, że akwariów się nie kupuje – je się zakłada. Ale ja nie chciałem Rybie założyć akwarium w prezencie – ja chciałem jej je kupić już gotowe – z rybkami, roślinami filtrem, bąbelkownikiem i wodą. Sprzedawca uznał mnie za debila (choć przy mnie twierdził, że jestem tylko dziwny) i zaprosił w piątkowe popołudnie po odbiór.
Przyjechałem w piątek około 19:00 z Margolotem. Brzdąc z nóżki na nóżkę przestępował. Najpierw myślałem, że z powodu przepełnionego pęcherza, i mimo sprzeciwów dwukrotnie próbowałem córkę “wysadzić” na pobliskiej trawce. Potem się okazało, że przestępowała z podjarania – bo w domu będą jipki!
Przyszliśmy. Akwarium było, wody tak na 2/3, trochę roślinek, piasku, żwirku, 4 kamyki i 9 rybek. Niezbyt było eleganckie, ale za późno na wybrzydzanie. Sprzedawca tak był zaaferowany swoją pracą, że poprosił mnie o podjechanie autem bliżej wejścia, to on mi to dzielo, kurde, sztuki własnoręcznie włoży do bagażnika. Ja podjechałem – on wyniósł. Oblał się po drodze nawet bardzo. Jeden gubik wyskoczył na podłogę. Ale się pomylił i bardzo szybko zaczął tego żałować. Schwyciłem go i wrzuciłem z powrotem do wody. Ale schwyciłem go nazbyt mocno, więc wielkiej radości z powrotu do wody nie przejawił – jakoś tak niemrawo się ucieszył i powoli opadł na dno. Nie, nie umarł – po prostu tak przygasł troszkę…

Każdemu mistrzowi kierownicy polecam wożenie wypełnionego wodą akwarium w bagażniku – to uczy pokory. 2 minutowa droga ze sklepu do domu rozciąga się do niewyobrażalnych i nieskończonych 30 minut. Wskazówka prędkościomierza nie przekracza 20 km/h. Trąbią na ciebie wszyscy: kierowcy, skuterowcy z pizzerii, inwalidzi na elektrycznych wózkach oraz “elki”. Dostrzegasz w nawierzchni dziury i wyrwy, których wcześniej nie widziałeś. W zakręty wchodzisz wolniej od sąsiadki spod 32-ki, tej co porusza się już tylko z „balkonikiem”. Progi zwalniające na osiedlowych dróżkach urastają do ranki ścianki wspinaczkowej – przed przejazdem nacierasz dłonie magnezją, poprawiasz chwyt kierownicy i asekuracyjnie zamykasz oczy. 2 minuty stresu i „leżący policjant” pokonany. Jeszcze 3 razy to samo i jesteś pod domem. Hamowanie zaczynasz na 30 metrów wcześniej. Dojechałeś. Rozpiera cię duma…
…do czasu otwarcia bagażnika. W akwarium pozostało raptem trochę wody na dnie. Kilka gubików wyleguje się na białym piasku jak na plaży – no do cholery, ja się tu pocę za kółkiem i pedałuję, a ci się luzują! Reszta rybek chlapie się jak dzieci w zwolna wsiąkających w wykładzinę bagażnika kałużach. Zbierasz je, upychasz w resztkach wody i dumnie niesiesz akwarium do domu.

Ileż było radości – to wprost nie do opisania. Poza typowymi przejawami szczęścia w postaci krótkich i treściwych podziękowań: “Po coś to przyniósł”, “Wiesz, jak nie lubię ryb” oraz “I co jutro powiesz Marysi, jak je w nocy w klopie spuszczę?!”, otrzymujesz w nagrodę zadanie – “Lepiej wymyśl, jak się tego pozbyć jeszcze w ten weekend!”
W ten piątkowy wieczór byłem jeszcze przeciwny wyrzucaniu z domu tych wspaniałych rybek. Ale w sobotę rano zmieniłem zdanie. Akwarium (nie wiem, czy to wina wody, roślin czy może rybki były niebywałymi flejami) zaczęło tak niemożebnie śmierdzieć, że przebywanie z nim w jednym pokoju powodowało ból gardła, a kota sąsiadów budziły koszmary.
Najpierw obwiesiłem je choinkami zapachowymi. Nic nie pomogło – waliło nadal. Potem wrzuciłem do wody kilkanaście tic-taców. Połowę zżarł ten zbyt mocno ściśnięty gubik, druga połowa nawet się nie rozpuściła. Później powiesiłem na ściance kiblowy pojemnik z Bref WC-Żel. Żel rozlał się po całym akwarium ale zaraz potem został elegancko wciągnięty przez elektryczny filtr do wody. Filtr nieśmiale pryknął kłębkiem dymu…
Sobotę zatem spędziliśmy poza domem, ale zostawiliśmy w pokoju otwarte na oścież okna. Jak wróciliśmy wieczorem, w całym domu waliło bez zmian – niczym w wiejskim wychodku. A stojące obok otwartych okien kaktusy wymarzły. Jeden się skurczył, drugi pomarszczył a trzeci nawet pękł w pół…

W niedzielne przedpołudnie wyłapaliśmy rybki do niespecjalnie umytego słoika po kawie, wodę wylaliśmy do kibla, piasek, żwir i kamienie wyrzuciliśmy do śmietnika a akwarium i filtr niebawem wystawimy na allegro.

Acha… rybki zwróciliśmy do sklepu. Przez kilka dni będzie je łatwo odróżnić od innych – po kawie są nienaturalnie pobudzone. A w mocnym tylnym oświetleniu w brzuchu tego zbyt mocno ściśniętego śmierdziela widać kilka kuleczek tic-taców…
#15 Lubię mocno podpieczone

- Pomożesz mi przewieźć grilla na działkę? Taki wiesz, solidny, żeliwny sukinkot – spytał D.
- Spoko. Podjadę przed południem.
Podjechałem i ledwośmy tego sukinkota wpakowali.
- Jedź tędy, bo tam będzie korek.
Pojechaliśmy tędy. Też był korek. Na domiar złego, tuż za nami ścigało się chyba 3 kierowców białych Citroenów Berlingo – wiecie – koledzy z pracy jadą służbowymi bryczkami. A że bryczki sportowe, to trzeba nawet w korku dociskać i trąbić.
- Robimy im lekcję pokory? – spytał D.
Skinąłem na tak. Wysiedliśmy i z bagażnika wyjęliśmy sukinkota. Wystawiliśmy go tuż za autem, D. wyjął z torby rozpałkę i kiełbaski. Mieliśmy też dwa krzesełka turystyczne, więc rozsiedliśmy się koło paleniska i spokojnie czekaliśmy, aż kiełbaski dojdą.
Dopiero wtedy zrobił się korek, bo… grillowaliśmy na prawym pasie. Nikt nie trąbił – niektórzy tylko pukali się w czoło. A gość z nauki jazdy poprosił… i dostał kawałek kiełbasy. Mistrzów w Berlingo nic to nie nauczyło. Z takimi nie wygrasz. A my, co z tego happeningu mieliśmy? Świadomość, ze kiełbaski były drugiej świeżosci…
#14 W nocy z drugiej na trzecią

- Kiedy wreszcie naprawisz te hamulce? Nie irytuje cię ta lampka?
- No, chyba w tym tygodniu.
- Zegarki przestaw. Nie dość, że każdy pokazuje co innego, to jeszcze nie są na czas letni przestawione. Długo zamierzasz tak jeździć?
- Rybciu, przestawię, spoko…
- A teraz nie możesz?
- Mogę. A która jest godzina?
Ryba sięgnęła po komórkę.
- Przed drugą.
- A dokładnie?
- 13:54
- Ale to jest letni czas? Kiedy przestawiłaś?
- No właśnie nie przestawiałam. Samo się tak jakoś… Ciekawe, skąd on wiedział?
- Kto, telefon?
- No, skąd wiedział, że dziś trzeba już być na letnim? Jakiś komputer ma, co nie?
- Komputer? Procesor – tak. Chyba…
- I co? Ma tam w pamięci zapisane, że to dziś? Przecież ta data jest ruchoma.
- To może ma zapisane wszystkie te daty do, na przykład, 2020.
- W 2020 to z tego telefonu będą już drzazgi. Po co mu te daty wtedy.
- Ryba, no na wyrost wpisali. Co im szkodzi.
- To na pewno nie jest tak. Nie może mieć ich wpisanych, bo są różne… ustalane różnie… nie dzień miesiąca się liczy, a to, żeby zmiana była w weekend.
- Rybciu, to może zadzwonił?
- Kiedy zadzwonił?
- No w nocy.
- A gdzie?
- Do zegarynki w nocy zadzwonił. Może dzwonić – przecież to telefon, co nie?
- No, mógł…
#7 Witam w restauracji

12 dni temu:
- Witam w restauracji McDrive. Czy mogę przyjąć zamówienie?
- Poproszę dwa Royale, Big-Maca i duże frytki.
- Czy kanapki będą w zestawach?
- Nie, same. Czy są jeszcze te cheesburgery w promocji po 2 zł?
- Tak.
- To poproszę 4.
- Czy życzy Pan sobie coś na deser?
- Lody w plastiku z karmelem i może mały shake waniliowy.
- To wszystko?
- Nie, jeszcze duża cola. Tylko LIGHT!
10 dni temu:
- Witam w restauracji McDrive.
- Dwa powiększone maksymalnie zestawy Wieś-Maca z colą.
- Jaki kolor promocyjnych szklanek do zestawów?
- Niebieska i pomarańczowa.
- Czy coś na deser?
- Nie dziękuję.
- Zapraszam do okienka.
Tydzień temu:
- Witam w restauracji McDrive. Czy mogę…
- Tak. Powiększony zestaw z McChickenem, cola light i lody z czekoladą w plastiku na deser.
- Czy do frytek będzie ketchup?
- Tak, 6 torebek poproszę.
6 dni temu:
- Poproszę 2 powiększone zestawy Royala z colą light i ciastkiem jabłkowym na deser.
4 dni temu:
- 2 duże zestawy z Big-Maciem, cola light i shake czekoladowy.
- Czy życzy Pan sobie powiększyć zestawy do XXL za 2 złote?
- Oczywiście!
Przedwczoraj:
- 1 zestaw z tymi kawałkami kurczaka…
- McNuggetsami.
- Dokładnie. Plus 1 zestaw Wieś-Maca.
- Coś na deser?
- Yyy… może ta tortilla, ale poproszę łagodną.
- To zamówienie specjalne. Trzeba będzie poczekać 5 minut.
- OK. Dziękuję.
Wczoraj:
- Dwa Royale w dużych zestawach, cola light plus ciastko z owoców leśnych.
- Mamy promocję: powiększając za 2 zł zestaw duży do rozmiaru XXL otrzymuje Pan firmową szklankę gratis. Powiększyć zestawy?
- Oczywiście.
- Jaki kolor szklanek?
- Obojętne.
Dziś:
Podczas nagłego hamowania zmagazynowane na tylnej kanapie opakowania po posiłkach z ostatnich 12 dni żwawo przeleciały między fotelami lądując na skrzyni biegów i moich kolanach. Jako, że hamowanie było na lewym łuku, znaczna część śmieci usadowiła się na kolanach pasażerki Ryby. Pomarańczowa szklanka promocyjna zbiła panel radia, niebieska zaś odbiwszy się gałki zmiany biegów utkwiła w nawiewie. Ślad po znajdującej się tam uprzednio kratce zaginął…













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

