#65 Middle-life crisis

- Chcesz obejrzeć mój nowy samochód?
- No co ty, kupiłeś sobie auto? Przecież masz służbowe!
- Ale nie takie!
- Rover 200? Z silnikiem Poloneza?
- No!
- Ale po co ci?
- Siakto po co? Dla frajdy! Byłem na hamowni u Grabowskiego i ma dokłanie 99,7 KM i 125Nm. W przyszłym tygodniu wstawiam turbo.
- Uuu… Coś jeszcze robisz? Stożek? Wydech? Twardy zawias?
- Intercooler mi wstawią zamiast tej chłodnicy do klimy i w cenie wydech jakiś głośniejszy będzie.
- Ile cię kosztował?
- 9,000 na Allegro dałem. A turbo ze strojeniem będzie za około 7,000.
- To ile potem pociągnie?
- Moc mu powinna gdzieś do 150 skoczyć, bo od razu wkładam duży wirnik, a nie jakieś małe turbo wolnossące. Moment też o 50% powinien pójść w górę. Wiesz – na razie te 150 koni i około 200 momentu mi styknie. Jak się znudzę, pomyślę nad fazą drugą.
- Ale na tych kółkach to ruszysz dopiero, jak je zedrzesz do felgi. A z tyłu zimówki?! To rozumiem! Miękka guma do chodzenia bokiem!
- Koła nie są złe – piętnastki i opony jeszcze dają radę. Chcę na przód większe tarcze włożyć a tylne bębny na przednie tarcze wymienić, jak się uda.
- I co? Koniec?
- Patrz ile tu miejsca pod maską – stożek mi wejdzie, rozpórka amorków, instalacja do NITRO – ale to już faza druga, a może i trzecia. Na razie go na tydzień oddaję a potem kolejne kilka dni strojenie. 150 koni w takim małym, lekkim i starym wozie (1997) powinno mi do wiosny wystarczyć. A potem się zobaczy. Jak się wóz znudzi, to zamiast fazy drugiej go opchnę za 10,000 i poszukam już na starcie mocniejszego.
- Kryzys wieku średniego, co?
- Ano…
Mój samochód musi jeździć. Musi zawsze jeździć. Bezpiecznie. Ma być godzien zaufania. Drugorzędne jest to jak szybko jeździ i jak twardo skręca. Ale…
Ale gdybym miał wolną gotówkę i czas, kupiłbym sobie drugie auto. Może i nawet takiego Rovera. I nie po to, by wozić w nim rodzinę i zakupy. Nie po to nawet, by wozić w nim wygodnie swój tyłek. Kupiłbym go po to, by zapakować do niego turbo, twardy zawias, niskie kapciochy, stożek, rozpórki i drutem stalowym oplecione przewody hamulcowe. I trząsłbym się nim po koleinach, gubiłbym zęby na osiedlowych spowalniaczach i urywał miski olejowe na tarce przed światłami. Ale co tam – to byłby wóz od takich właśnie atrakcji. On mógłby stanąć w nocy i nie chcieć zapalić. On mógłby zgubić wydech. Mógłby nawet zostawiać 4 ślady. On mógłby wszystko – bo byłby kaprysem…
Może kiedyś…
#60 Najładniejszy znaczek świata
Według niektórych speców, najładniejsze motoryzacyjne logo dumnie wożą na masce auta Mitsubishi. Zgoda – jest proste, ładne a ostatnio nawet lepiej na autach eksponowane. Poza tym, to są trzy diamenty – proszę, jakie ekskluzywne pochodzenie. To ja, Diament. Mistrz świata. Najwyższe miejsce w łańcuchu pokarmowym Amway’a!
Niebrzydko prezentuje się logotyp Citroena, ale najnowsze modele robią wszystko, by jego urok schrzanić. Wkomponowanie loga w poziomie chromy maskownicy to świetny pomysł. Może również w chromy wkomponujmy halogeny. Ej, czemu w chromowaną listwę tylnej klapy nie wpasować świateł stopu? Albo nie, idźmy dalej. Oczyma wyobraźni widzę już następcę C5 – cały ten mastodont wkomponowany będzie w jedną chromowaną listwę. BTW: czy wiecie, że logotyp Citroean przedstawia stylizowane zęby koła zębatego? Ile wina trzeba wypić, by na to wpaść…?
Dobry jest znaczek Forda – bo widać w nim historię marki. Wygląda old-schoolowo i w tym jego siła. Jest ikoną. Koniec i kropka. Choć niepokojąco podobną do Coca-Coli…
Niegłupio wygląda ten nowy, czerwony znaczek Fiata, ale widać w nim zbytnią świeżość i nazbyt zrywa z historią. Ale to marketingowy zabieg: patrzcie, mamy nowy krój liter! Firma z taką czcionką nie mogła przecież popełnić w historii takich aut jak 125p i Uno Fire!
BMW wygląda OK, choć… Jednak nie, logo BMW nie jest OK. Po prostu się przyzwyczailiśmy. Jest chałowe, ale opatrzone. Kojarzy się z prestiżem, ale nie dlatego, że tak wygląda, tylko dlatego, że na auta z szachownicą niewielu stać. Poza tym, wywodzi się od oznaczeń na skrzydłach szwabskich samolotów bojowych. A stąd już tylko krok do swastyki…
Gwiazda Mercedesa? Wiadomo – klasyka. Ale za razem nuda i zachłystywanie się własną wielkością: Patrzcie jestem gwiazdą! To ja, celebrity wśród aut! Gwiazda gwiazd! Nagi cycek Lindsey Lohan to przy mnie pikuś! Wyjście Paris Hilton z pierdla to przy mnie betka. Maserak i Dr Zosia? Doda bez Majdana? Powrót Spice’etek? Phi… tylko ja i moja gwiazda się liczymy! Chyba zaraz zwrócę kawę…
Z czterema pierścieniami Audi mam problem. Są ładne, proste i jakiś ładunek mocy w sobie niosą. Ale jakoś bardziej kojarzą mi się z mocą enerdowskich dyskobolek z zalążkami męskich organów płciowych i owłosieniem na twarzy, niż z czystą potęgą MJ-a, który w młodości zdejmował monety z górnej krawędzi tablicy do kosza. Mało tego – nie tylko zdejmował monety, ale również (jak go publiczność brawami zachęciła) w jednym podskoku wstukiwał PIN swojej karty kredytowej. A enerdowska dyskobolka, symbolizująca w tym jakże uroczym porównaniu auta spod znaku czterech pierścieni, nie dość, że tablicę by przewróciła, to jeszcze hamując złamałaby miednicę trzem siedzącym tam za deską fotoreporterom.
Te wszystkie loga literowe (Toyota, Honda, Lexus) to banał: stworzyć logotyp przez stylizację pierwszej litery nazwy – na ten pomysł wpada każdy nastolatek, szkicując podczas zajęć poldona lub fizy swoje inicjały z zakrętasami lub kątami prostymi. Ponad połowa mojego zeszytu od chemii to były albo partyjki w kropki, albo stylizowane RD.

Palmę pierwszeństwa moim zdaniem dzierży logotyp Peugeota – bo nie dość, że lew jest stylowy i fajnie agresywny, to jeszcze w najnowszych modelach bardzo ładnie eksponowany na masce. Podjedź bliżej, to cię pożrę. Agrchhhhh…! Wrrrr…! Zjem cię, owieczko! O ile wcześniej nie spłonę…
A tuż za nim Renault – bo proste, ładne i dobrze pokazywane. Za cholerę nie wiem, co przedstawia, ale jakoś mi się podoba. Gdyby niezbyt dobra opinia tych aut, kto wie… może bym je sobie wytatuował na prawym ramieniu. Tuż pod groźnym lwem Peugeota. Bo jestem macho. No i wiadomo: Francja-elegancja!
PS. Niebawem post o najbrzydszych logotypach. Możecie zgłaszać propozycje. Choć wątpię, by coś było brzydsze od loga ……. Ale nie uprzedzajmy faktów. Do zobaczenia za kilka dni!
#56 Oby się tylko nie załamać…
Jest dokładnie tak, jak napisałem – ptasie gówno wytrawiło mi dach. Może i centki są modne, ale czy aby na dachu? Och, jak strasznie irytują mnie ci kierowcy wysokich SUVów – i te ich wymowne spojrzenia na mój dach. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że ten dalmatyńczyk to tak na środku jest – jak puszczę przez maskę i dach dwa białe pasy w stylu Vipera, wszystko się ładnie zatuszuje.
Poniższe 3 filmy to tak na poprawę nastroju. Nie musicie oglądać – wystarczy, że ja się polałem. Plamy na dachu i mokre nachy. Para jak z samowara…
Mistrz
Pierwszy vice mistrz
Drugi vice mistrz
Macie inne – podrzućcie. Musze się tym dokarmiać, nim białe pasy przez auto puszczę…
#55 I jak tu mew nie kochać?

Wróciliśmy właśnie z Kołobrzegu. Co to ja się napatrzyłem na zadbane autka, to moje. Co to ja się nasłuchałem porad ich właścicieli, to nikt mi nie zabierze. Co to ja zacząłem kombinować, jak Almerę spimpować, to się nikt nie dowie. A i tak zaparkowałem pod tym właśnie drzewem, które stado obżartych ponad wszelkie miary mew sobie nad życie ukochało. I jak zaczęły pierdzieć! I jak zaczęły srać! To tak mi w dach tym szambem waliły, że kuracjusze pobliskiego pensjonatu “Zorza” wychodzili na balkony, by zdjęcia nadciągającej burzy robić.
I jak mi na dachu usypały biało-brązowy kopiec odchodów, i jak się ten kopiec przez następne 3 słoneczne dni utwardzał, i jak on się podczas powrotnej drogi w pędzie wiatru elegancko zeszklił, i jak on się podczas zeszłej warszawskiej wilgotnej nocy zahartował – to ani Statoil, ani ręczny Karcher nie dały mu rady. Fakt – co ostrzejsze krawędzie się skruszyły. No i czubek jakoś tak się zaoblił. Ale nic ponad to. Piramida z ptasiego gówna niczym kopiec kreta, niczym kilimandżaro – stoi niewzruszona już piąty dzień. Ale już robi w porty ze strachu – widziała dziś, jak przytaszczyłem do domu wiertarę udarową. Odłupię gówno, choćby i z lakierem. Jako znany i ceniony blogger nie mogę z takim odchodem się po stolicy wozić…
A liczne dyskusje z kuracjuszami o tym, jak najlepiej dbać o rozrząd Opli, jak doginać świece w zagazowanych Mercedesach i jaki preparat czyszczący najlepiej wlać do baku Seata, oświeciły mnie pewnym spostrzeżeniem. No bo zauważcie pewien trend: preparaty do dbania o silnik (te z Telezakupów lub z motoryzacyjnego działu w Auchan) powoli przypominają te, które służą do dbania o zdrowie. Zastanawiam się, czy poniższe propozycje za 5 lat nie staną się realne…
(1) Wyciąg z miski olejowej Dodge’a Vipera wzbogacony mikroglobulkami skrywającymi atomy legendarnych silników HEMI – idealny do smarowania alternatora w samochodach zasilanych LPG. Gwarantowany wzrost osiągów o 17-21% (oczywiście potwierdzą to badania amerykańskich naukowców).
(2) Głęboko wnikający żel na rozstępy z olejkami smoły i probiotyną PB98 dogłębnie uszczelniający blok silnika – redukcja do 80 wycieków (badanie na grupie 32 silników typu Fire od Fiata Uno rocznik 1996).
(3) Anti-Zgrzyt Protect od Vichy – unikalna mieszanka oleistego kremu i maści vazelinowej przeznaczona do wysilonych silników turbodoładowanych. Nawet do 4% mniej awarii turbin! W przypadku dostania się preparatu w okolice paska klinowego – niezwłocznie udać się do ASO.
(4) I na koniec nowość! Witalizujący tonic napryskowy to użytku zewnętrznego zwiększający przebiegi międzyprzeglądowe w samochodach grupy PSA z 30,000 km nawet do 65,000 km. Wystarczy raz w tygodniu spryskać delikatną mgiełką fajki świecowe i sondę lambda. Skuteczność gwarantowana przez Laboratuagarniedepari.
#47 Wnętrza jak zapalniczki

Jest kilka (kilkanaście) samochodów, których wnętrza wykonano głównie z jakościowo tych samych plastyków, z których w Chinach masowo produkuje się kolorowe zapalniczki jednorazowe w cenie 1,50zł. Toyota Yaris, Fiat Seicento i Panda, Renault Thalia, poprzedni Opel Corsa, większość Hyundai, Seat Ibiza, Cordoba i pewnie wiele innych.
Dziwi mnie tylko fakt, że Chińczyk potrafi zrobić zapalniczkę w 487 kolorach, a producenci w/w aut technologicznie opanowali wyłącznie produkcję plastyku czarnego, ciemno szarego, prawie ciemno szarego i szaro-czarnego. Skąd ten strach przed kolorami?
Czy naprawdę w szarościach i czerniach czujesz się najlepiej? Ja chciałbym mieć we wnętrzu Almery trochę brązu, ciemnej zieleni, jasnych beżów plus odrobinę aluminium. Byłoby elegancko i dystyngowanie. Choć z praktycznego punktu widzenia, fotele najlepiej mieć w brązowo-żółte plamy a zagłówki w cienkie kreski i białe płatki a’la małe chipsy…
#43 And the Dyblog goes to…
Witamy w studiu komisję kontroli gier i konkursów w składzie: przewodniczący komisji (ja), asystent przewodniczącego komisji (Ryba) i członek komisji (Margolcia). Przystępujemy do wybierania…
Normalnie pat. Szach i mat. Pobite gary. Nie mogę się z Rybą dogadać. Któż mógł się tego spodziewać…?! Ale na szczęście okazało się, że…

…mój faworyt (LED – Light Emitting Dynia) – zapodany został przez naszego dobrego znajomego, więc po jaką cholerę mielibyśmy dawać mu nagrodę. To znajomy – i tak będzie bloga odwiedzał. A nie jest przecież dzieckiem, które za drobiazgi się obraża – prawda enporo?
Faworytem Ryby była Pepesza (Piękna Pani Szofer) od niejakiego Konesera. I niby to właśnie ten wykwit kreacji mógłby zdobyć dyblog, ale pomyślałem sobie, że takie zniewieścienie i żeńska delikatność może się na wizerunku bloga (i przez to również moim) dość niekorzystnie odbić. Więc jako szef noszący spodnie i mający przewagę prawie 40 kilogramów, zaproponowałem chwilowe zajęcia w podgrupach. Ryba ucieszona chyżo pobiegała do…
Tak więc, zostałem sam i już miałem ogłosić, że LED wygrywa – gdy nagle, również zasiadająca w Jury Margolcia ale to tej pory bardziej zajęta rodziną plastykowych kucyków, podeszła do komputera i delikatnie, acz stanowczo i precyzyjnie wskazała na…

…na propozycję BoNŻóR (Bo Nam się Żółwie Rozbiegną). A dziecku wszak się nie odmawia. Charyzjuszu Chakierze – gratulacje zatem. Twój dyblog, który pręży się poniżej budząc zazdrość twych rywali, możesz sobie ściągnąć tutaj w lepszej wersji. Jeśli masz wystarczająco szybkie łącze i podinstalowany najnowszy ActiveX, dyblog załaduje ci się wraz z elegancką antyramą ze szkłem antyrefleksyjnym – ot, w sam raz w wersji gotowej do zawieszenia w gabinecie.

Chakierowi jeszcze raz gratuluję! A pozostałym uczestnikom tego konkursu życzę szybkiego powrotu do formy. Ja wycieńczony jadę do Chorzowa na Pearl Jam. A wy co? Pewnie kapcie, pilot i “Na Wspólnej”? Nie zapomnijcie o Biovitalu i Bilobilu przed snem…
#42 Dyblog dla mistrza kreacji

Pamiętam, że moje pierwsze miesiące w blogosferze owocowały codziennymi zagwozdkami – co on miał na myśli? Czy wszyscy popełniają te same literówki? Czy blogosfera pełna jest dysgrafików i grubopalczastych spelling-mistejkowców? Z biegiem czasu jednak zacząłem jorgać, o co w tym wszystkim chodzi i co znaczą te wszystkie absurdalne lole, rotfle i afaiki. Choć do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla wszystkich, którzy używają, a co gorsza rozumieją, akronim lolak.
Postanowiłem na łamach tego bloga, z Waszą oczywiście pomocą, stworzyć mini słownik akronimów motoryzacyjnych. Wiem, że taka inicjatywa jest potrzebna – bo wyobraźcie sobie sytuację, gdy gruby wędkarz wyskoczy wam przed maskę z podporządkowanej swoim Hyundaiem Pony. Zamiast lżyć go i poniżać, wystarczy krótko i treściwie rzucić przez uchylone okno: Enespede! (NSPD, czyli “Naucz się przepisów, durniu!”). I sprawa załatwiona. Jeden-zero dla was. A wędkarz ma się z pyszna…
Poniżej widzicie opracowany przeze mnie na przestrzeni ostatnich 21 miesięcy (4h codziennie, weekendy i święta kościelne wolne) zalążek słownika. Skoro ja mogę go używać, Ty możesz również!
- NMK (czyt. enemka), czyli: niezłe masz kapciochy – elokwentny komplement dla niebanalnych opon;
- KZZ (czyt. kazetzet lub kazyzy), czyli: kul zglebiony zawias – treściwy komentarz do obniżonego zawieszenia;
- ABZNP (czyt. abezetenpe z akcentem na “ze”), czyli: ale bryczka zaraz nas połknie – zwrócenie uwagi pasażera na wyprzedzający nas właśnie sportowy (lub co o wiele częstsze – służbowy) samochód na ksenonach;
- DCPN (czyt. decepeen lub de-stacja), czyli: dłubałeś coś przy nim? – niedowierzające pytanie kierowcy Golfa III (składak), który został wyprzedzony ze startu zatrzymanego spod świateł przez Seicento Sporting, ale udało mu się go dogonić na kolejnych światłach, gdzie zadał to akronimowi pytanie;
- STTOM (czyt. stom – tak twardo, po szwedzku), czyli: standard, tylko tłumik od Malona – odpowiedź, którą kierowca Seicento Sporting może nieodwracalnie psychicznie zglebić kierowcę wyprzedzonego Golfa III;
- NPJ (czyt. enpejot, lub z jęz. ang. enpedżej), czyli: nieźle przyjebał – typowy komentarz 85% kierowców mijających wsparte przednią szybą o drzewo srebrne Audi A4;
- AGO (czyt. ago), czyli: ani grama oleju – krótka odpowiedź na pytanie “Ile bieże?”, jakże charakterystyczna dla zawodowego sprzedawcy aut używanych;
- PJO (czyt. pjo), czyli: przebieg jest oryginalny – oczywiście, to widać, bez dyskusji, wierzę Panu (a potem zmieniasz komis);
- SPK (czyt. espeka lub espek), czyli: samochod po kobiecie – bo wszak każdym autem z podwarszawskiego komisu wcześniej jeździła tylko spokojna nauczycielka polskiego, mieszkająca rzut beretem od szkoły, co tłumaczy tak niski przebieg, który przecież jest PJO;
- JPW (czyt. jotpewu lub dżejpef), czyli: jestem pierwszym właścicielem – standardowa zagrywka telefoniczna pana Marka, zawodowo trudniącego się ściąganiem lekko bitych aut z Belgii i Holandii;
- UK (czyt. uka), czyli: usunąłem katalizator – typowa wypowiedź na forach motoryzacyjnych w wątku “Domowy tunning, czyli jak tanim sposobem podnieść moc auta o zniewalające 2 konie mechaniczne”;
- BMOKT (czyt. bimokt), czyli: brak możliwości odłączenia kontroli trakcji – jeden z najczęściej spotykanych zarzutów wobec samochodów o sportowym wizerunku, powielany we wszystkich pismach motoryzacyjnych – bo jakby rzeczywiście kogoś poza 1 promilem kierowców bolał nieodłączalny ESP w reprezentacyjnej limuzynie za 180 tysięcy złotych;
- 10DS (czyt. 10dees), czyli 10 sekund do stu – nierzadka przechwałka forumowa właścicieli 60 konnych Seatów Ibiza lub Fordow Fiesta 1,3l, po tym, jak zamontowali im tłumik, stożek i świece NGK;
- MPT<5PM (czyt. empete5peem lub mniej5peem), czyli: mój pali teraz mniej niż 5 litrów po mieście – również typowa wypowiedź forumowicza, podkreślająca proekologiczne walory domowego strojenia silników zasilanych gazem;
- GWP (czyt. giewup), czyli: gaz w podłodze – styl jazdy dzieci, użyczających auta od rodziców;
- WK2H (czyt.wukadwie), czyli: Warszawa-Kraków 2 godziny – standardowe założenie czasu dojazdu na spotkanie większości przedstawicieli handlowych użytkujących Ople Vectra, Fordy Mondeo, Renault Laguny czy Toyoty Avensis (wszystko w Dieslu, oczywiście);
- WTIŚ (czyt. wtilala z mazowieckim zaśpiewem), czyli: wieś tańczy i śpiewa – cisnący się na usta komentarz do niektórych zdjęć “naszych aut” prezentowanych przez aktywnych i łasych na komplementy forumowiczów;
- ASNP (czyt, asenpe), czyli: Alfy się nie psują – stary i brodaty żarcik, nadal wywołujący uśmiech u znacznej większości samochodziarzy… choć jak można się domyślać, nie wszystkich śmieszy.
A na koniec standardzik. Ręka przy uchu i szara codzienność. Nic nieznaczący przerywnik w rozmowie telefonicznej. W zasadzie nawet nie przerywnik – ot, taka forma przywitania. Takie otwarcie konwersacji. Taki wtopiony w wypowiedź, niesłyszalny niemal przecinek.
NMRJS (czyt. enem-blabla-brumbrum), czyli: nie mogę rozmawiać, jadę samochodem.
Acha – dla golloba kreacji, kubicy surrealizmu i hołka elokwencji przygotowałem uniklany i jedyny w blogosferze wirtualny Dyblog!!! Decyzję podejmie jury jednoosobowe, no chyba że Ryba postanowi się z moim “wirtualnym ja” trochę bardziej zintegrować.
Liczę na waszą inwencję. Jak się coś pokaźnego w komentarzach uzbiera, to kto wie – może jakąś wersję „do druku” przygotuję z tego później.
Czytelnicy – do klawiszy!
Ale bez pośpiechu – jest czas, przemyślcie kwestię, by nie wypalać w komentarzach ślepakami. Pamiętajcie – tworzymy dzieło dla potomnych! Powodzenia! Dyblog czeka!
#39 Road rage, czyli post pełen żółci

Wieczorem mój kolega trochę się spieszył na kosza i został mu tylko jeden niewinny skręt w prawo. Ale utknął na światłach właśnie na tym prawym pasie – nie było zielonej strzałki (ani podwieszanej, ani zapalanej), więc stojący przed nim kierowca w służbowej Skodzie Octavii miał pełne prawo ignorować jego chęć skrętu. Kolega się spieszył, więc ominął go po lewej – ale miał pecha, bo jak wyjechał przed tę Skodę i rozpoczął dość powolny manewr skrętu w prawo (przez tory tramwajowe), zmieniły się światła i kierowca tej służbówki ruszył zaperzony i dość poważnie obtrąbił kolegę. Mało tego – skręcił za nim, i śledząc go niejako, pojechał aż na parking pod salą. Tam wysiadł i dość agresywnie wyłuszczył swoje racje – że k***a naucz się jeździć ch**ju, że ci zaraz pie****nę, i że k***a, k***a i w dupę…
Kolega nie gra w kosza sam, bo to niepopularne, więc parking zapchany był zawodnikami – między innymi i mną. Była nas siła, więc “tafgaj” z Octavii mocno przestraszony uciekł, rzucając przez otwarte okno jeszcze kilka wyzwisk typu: kokota, pupa i siurek.
Nie da się ukryć, że gość ze Skody miał rację. Miał rację… i co z tego?! Zachował się jak dureń, który myśli, że agresją naprawi świat.
Zachował się niczym mistrz, który stanie na środku jednokierunkowej pod blokiem, by nie puścić jadącego z naprzeciwka (pod prąd, to fakt) przyjezdnego na lubelskich tablicach, którego idiotycznie wytyczone dróżki i losowo rozstawione zapory przeciwko straży pożarnej, karetkom i śmieciarkom zmusiły do tego “przestępstwa”.
Zachował się niczym jedyna sprawiedliwa, która po wykonanym przed nią manewrze zmiany pasa bez mrugnięcia kierunkiem dogania cię, ryzykownie wyprzedzając przed przejściem, i jedzie obok nieszczędząc epitetów i wymownie pukając się w czoło. Jedzie tak i jedzie, i puka się i puka… ale na drogę niespecjalnie patrzy.
Zachował się niczym gwiazdor NASCAR, który tak skutecznie i z premedytacja nie daje ci zmienić pasa ruchu (“k***a przecież wcześniej mogłeś ten pie****ony manewr wykonać, z daleka było widać roboty i był znak o zwężeniu, ty durniu”), że nawet o pobocze i krawężnik wysoki na 40cm zahaczy, byś tylko nie wjechał w korku przed niego.
Zachował się niczym król mazurskich szutrów, który gdy tylko mu delikatnie zajedziesz (zdarza się przecież) musi cię wyprzedzić i zahamować przed tobą. Acha – ten manewr nie występuję na ogół samodzielnie – jest dostarczany w McZestawie – wyprzedzenie, przyhamowanie, zajeżdżanie i strojenie groźnych min we wstecznym lusterku.
I po co to wszystko?! Agresją zmienisz świat?! Wal się na ryj! Chcesz sparing? Wysiądź – ważę 96 kilo – i uwierz mi, że jak ci usiądę na brzuchu, to ci się furia wyprzęgli na dłużej.
PS. Opisane w poście wydarzenia wydarzyły się naprawdę. Gdybym zapamiętał numery rejestracyjne tych “bohaterów”, byłyby one tu opublikowane.
PS2. Zauważyłem, że wylewanie żółci jest coraz bardziej popularne w blogosferze. Niniejszym dołączam do tego pochodu tym debiutanckim żółcio-postem. Bądźcie wyrozumiali – wszak to debiut…
PS3. A jeśli przypadkowo mieliście podobne momenty – dajcie znać. Możemy się namówić i znaleźć tych cwaniaków. Podeślemy im zdjęcie dziecka wychodzącego ze szkoły. Napiszemy kredą na drzwiach K+M+B 2005. Zabrudzimy szminką kołnierz płaszcza. A gdy to nie poskutkuje, naślemy zawodowca – sprzedawcę odkurzaczy Rainbow – taki nie odpuszcza, idzie za ciosem jak Rocky, jest prawdziwym pistoletem – zorganizuje im w domu prezentację dla najbliższych przyjaciół i gość będzie towarzysko spalony. Opuści go żona. Dzieci zrzekną się alimentów. Bankomat połknie mu kartę a nocą zakoszą mu chromowane kołpaki. I pomyśleć, że wszystko to dzięki jednemu głupiemu manewrowi. Inne życie zaczyna się w aucie…
#37 Wakacyjne wzruszenia

Czyż nie jest przyjemnie natknąć się w jakimś obcym, wysoce cywilizowanym kraju (weźmy choćby Kanadę z jej napływową z Polski ludnością – prawda, Wojtek? :) na wykwit polskiej motoryzacji pod postacią Malucha lub Poloneza? Czyż nie robi się wtedy przyjemnie na sercu?
– Patrzcie! Polonez w Paryżu!
- O rety, Maluch Bis w Rzymie!
- Ja nie mogę, Żuk w Barcelonie.
- O kurczaczki, Tarpan w Londynie!
Do dziś z pradawnych wakacyjnych wojaży po przebogatym Luxemburgu pamiętam czarne Lamborghini Diablo i białego Poloneza Trucka. No i jeszcze Maserati Quattroporte. Doborowe towarzystwo, prawda?
A może ktoś z was widział nabrylantowanego Włocha w Dużym Fiacie? Albo macho-Hiszpana w Syrenie Bosto? A może chociaż Francuza zajadającego croissanta na tylnej kanapie Poloneza Atu?
#36 Metoda “na Showshank”

Strasznie mi dziś ten Nissan szeleści! Z tyłu mi szeleści, z boku mi szeleści, nawet pod nogami mi szeleści. Zwariuję, nim dojadę do pracy. Ale zacznijmy od początku…
Wczoraj po południu Ryba zadzwoniła z pytaniem, czy może z Margolotem posegregować moje pisma motoryzacyjne i te najstarsze roczniki wyrzucić. Moja odpowiedź była oczywista:
– Nie, kochanie, nie możesz.
Wróciłem z pracy i wchodząc do domu wyrżnąłem jak długi. W przedpokoju pełno było toreb z prasą. Na oko pół tony. Z moją prasą. Z samochodówkami!
- Rybs, co to jest?
- Tatusiu, przątać gazetki. Ja i mama! – wtrąciła się Margolcia.
- Rybs, przecież miałaś tego nie ruszać…
- A co miałam zrobić? Mery się uparła. Z nią sobie to załatwiaj.
- Margol, bobasie, to są tatusia gazetki.
- Duzo. Wycić! Tatuś!
- Co tatuś?!
- Wywcić.
- ?!
- Wywucić. Tatuś. Juto do pracy. Tatuś bierze. Wywucić mietnik!
O, niedoczekanie wasze, baby jedne!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

