#98 Telefon od przyjaciela

Pan Stanisław ma nowe Audi A6. Ma też telefon komórkowy, ale że specjalnie obyty w nowych technologiach nie jest, to ani z systemu MMI w tym Audi, ani tym bardziej z zaawansowanych funkcji swojej komórki nie korzysta. Audi umie prowadzić. Ale już zmienić stacji radiowej nie potrafi. Na szczęście w salonie ustawili mu Eskę, więc ma wszystko – i dobrą muzę, i fajowych prezenterów, i mnóstwo ciekawych konkursów. W telefonie zaś nowe kontakty do książki adresowej dodaje mu nastoletni syn – typowy kwarc i geek, który jak większość jego rówieśników, pół dnia spędza konfigurując Linuxa, drugie pół na lol’aniu i rotfl’aniu z cytatów z basha.
I pewnego dnia pan Stanisław jechał sobie i gaworzył z kolegą przez komórkę. Kolega miał problem, więc pan Stanisław jechał zafrapowany – chciałby koledze doradzić, ale nie bardzo wiedział jak. Stanisław myślał, kolega mówił a… przyczajony pod filarem mostu policjant przez lornetkę wychwycił zbliżający się łup. Pewnym krokiem wyłonił się z cienia i lizakiem wskazał na Audi. Ale Audi nie zwolniło…
#97 Zimowe atrakcje

4 lat temu noworoczne święta spędzaliśmy w Szczyrku. Wieczorem, gdy wracaliśmy ze Skrzycznego z deskami przypiętymi na dachu, coś nagle chrupnęło.
- Zapisz się Pios na masaż – przyżartowałem.
- Sam się zapisz. Albo lepiej na jogging, bo twoja deska się zsunęła.
#91 Motozabobony

Hołek ponoć nigdy nie wyjeżdża na OS bez malutkich skarpeteczek swojej córki w kieszeni. Ja z kolei już raz wracałem się z rodziną przeszło 100 km do domu (a na wakacje do Kołobrzegu jechaliśmy) po mój magiczny naszyjny amulet, który zawsze, ale to zawsze mam założony. A wtedy akurat zawieruszył się w łazience. Ale nie ma bata bym gdzieś się bez niego wypuścił. Nota bene jest dość unikatowy: w małej plastikowej fiolce, w specjalnym płynie pluska się ziarnko ryżu, a na nim… pewna zdolna pani napisała malutkim pędzelkiem zdanie… całe zdanie, które Ryba wymyśliła dla mnie. Słyszeliście kiedyś o takim dziwie?
#85 Nie jest łatwo być „gerberem”

Normalnie, jak zbliża się 1 listopada i wiem, że trzeba będzie bezpiecznie przewieźć rodzinę pomiędzy 3 cmentarzami, stresować zaczynam się już w okolicach 28 października. Bo to, że ja jeżdżę dobrze i zmyślnie nie znaczy, że jakiś właściciel kapelusza nie będzie się na podporządkowanej spieszył i mi w bok nie przypakuje. Ale w tym roku postanowiłem zastosować się do prastarej mądrości pracowników Sanepidu mówiącej, że roztoczem być jest dobrze – ale jeszcze lepiej jest być odkurzaczem. I tym sposobem, wyjątkowo i z premedytacją, w dniu Wszystkich Świętych zostałem encyklopedycznym „gerberem”. Wszak wchodząc między wrony lepiej krakać tak jak ony…
#80 Taaaaaka ryba!

Na trasie Toruńskiej są tzw. dwa niebezpieczne zakręty. Bardzo szerokie, ale dość ostre. Stosunkowo często różne auta witają się tam z barierką. Większość po prostu uderza w nią bokiem, ale są też tacy (jak na przykład Ewa), którzy wioząc dziecko z tyłu w foteliku najpierw przy 130 tracą przyczepność, potem tyłem walą w barierkę, by po wykonaniu całego obrotu skleić się czołowo z barierką po drugiej stronie. Dwa wnioski. Primo: 130km/h to na tym zakręcie zbyt dużo oraz kolejne primo: Fiat Marea to dzielne auto, które niczym bodyguard, impet bierze w pełni na siebie.
Gała z kolei poza pracą trudni się sprowadzaniem lekko walniętych aut ze Stanów. Od miesiąca walczy z Mercedesem C-cośtam 4matic. Napęd na 4 koła, nienaganny automat i ponad 170 koni, a jeździć nie chce. Coś elektronika po złożeniu przodu nie chce chodzić. Ale to przeszłość. Dziś nim przyjechał. Pokazał go wszystkim na raz i każdemu z osobna. Pysznił się i puszył. Fakt – samochód prześliczny i zadbany. Ale Gale to nie starcza – ten samochód musi być jeszcze szybki. Albo nie – najlepiej żeby od razu był mega szybki. A on, jego aktualny (choć chwilowy) właściciel – mega-kuzaj i super-chołek. Ale co ja tu będę sobie palce strzępił – sami posłuchajcie.
- “Znacie te dwa zakręty na toruńskiej? Ile tamtędy pojedziecie – 120? 130? To max. A ja tym Mercedesem dziś rano 120 jechałem. Ale mil! 120 mil! To pod dwie stówy będzie. I nic, jak po szynach! Ten napęd na cztery koła to tak go do drogi lepi, że normalnie mogłem szybciej, ale opony piszczały, bo jeszcze na zimówkach go mam. Wiecie, głównie stał po warsztatach, to nie opłacało się zmieniać…”
Niektórzy mówią na do “przechwałki”. Inni: “przegięcie”. Ja zaś wiem, że to zwykły “zonk”. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę, jak ktoś pojechał tak, że o Jezuuuuu… a potem to bokiem normalnie tak że jenyyyyy… i mu się wskazówka prędkościomierza na 240 km/h zacięłaaaaa… i kontrę założył i auto gazem prowadziiiiił… a tarcze i sprzęgło to mu tak potem śmierdziały, że… normalnie nieuwierzycie!
#40 Pokarało mnie

No i pokarało mnie za tę żółć… Dwutakt, but kolegi, chrzęst i… ostry dyżur. Spoko – gaz naciska się łatwo, a hamulec bez czucia, więc przed każdymi światłami potwierdzam dane producenta – 40,2 m na rozgrzanych klockach (nota bene nowe Lucasy od przedwczoraj).
Mam dwie kule – takie przedramieniowe – nie pod pachę. Wyrobię sobie mięśnie jak Popeye. Będę miał w dłoniach uścisk imadła. Usunę sobie oparcie z fotela kierowcy – będę miał wystarczająco dużo pary, by na zakrętach trzymać się tylko kierownicy. Wieczorami będę dorabiał u wulkanizatora – bez kluczy będę koła wymieniał.
Gdybym teraz z tym gipsem w kogoś przygrzał – ubezpieczyciel mi chyba OC nie uzna. A policja wezwana do stłuczki pewnie mi będzie chciała prawko zabrać. Ale nie zabiorą – będę spieprzał kuśtykochodem przez krzaczory. Ale odpukać 3 razy w niemalowane…
#35 Blisko, blisko, coraz bliżej

Czy wiecie może, jaka jest minimalna odległość twarzy kierowcy od kierownicy wyposażonej w poduszkę gazową? Pytam, bo martwię się o kobiety (bo to głównie ich dotyczy, choć wiem, że są również Panowie o nikczemnym wzroście, bardzo króciutkich nóżkach i krągłych brzuszkach mający również problem z sięgnięciem “fajerki”), które siedzą tak blisko kierownicy, że aby wysiąść z auta muszą odsuwać fotel kierowcy pół metra do tyłu. Wsteczne lusterko ustawione mają niemalże pionowo w dół, by było coś widać. Zmiana biegu łączy się z wykręceniem ręki do tyłu – na wyboju można sobie niechcący samemu założyć chwyt rodem z MMA. A na domiar złego, bardzo często jeżdżą z założoną na ramię torbą – przecież zaraz wysiadaja… jak tylko dojadą…
Wyobraźmy sobie sytuację, gdy kobieta siedząca tak blisko kierownicy weźmie niechcący udział w pozornie niegroźnej czołowej stłuczce “parkingowej”. Scenariusze są dwa – sami oceńcie, który jest bardziej prawdopodobny.

Scenariusz 1 pt. “Oszukać przeznaczenie VIII”
Samochód z naprzeciwka zbliżał się jak szalony. “Stój!” – zawołała w myślach Judyta. On się nie zatrzymał. Masą rozpędzonej do 30 km/h blachy wbił się w przedni pas jej nowej Fiesty.
Przednia poduszka gazowa – ona się nie waha – ona eksploduje. Znajdująca się 20 cm od niej głowa Judyty zostaje z ogromną siłą pchnięta na zagłówek. Źle ustawiony zagłówek działa jak zabójczy klin – odcięta od tułowia głowa odbija się od tylnej szyby i wraca w kierunku przedniej. Po drodze jednak zostaje na pół przecięta przez nienaturalnie ustawione wewnętrzne lusterko wsteczne. Lewa połowa czaszki miękko ląduje na lekko sflaczałej już “przedniej pościeli”, z kolei prawa połowa, uderzając kantem w przednią szybę, przebija ją i obficie zrasza krwią znajdujący się po zewnętrznej stronie czujnik deszczu. Automatycznie uruchomione wycieraczki rozmazują po szybie krew i resztki mózgu. Spadająca bezwładnie z kierownicy prawa dłoń denatki włącza niechcący podgrzewanie przedniej szyby. Zapada cisza. Spływająca po rozgrzanej szklanej tafli krew zasycha i przypieka się na rumiano. Wszędzie rozchodzi się woń smażonej kaszanki…

Scenariusz 2 pt. “Strażniczka Texasu: początek”
Samochód z naprzeciwka zbliżał się jak szalony. “Stój!” – zawołała w myślach Thelma. On się nie zatrzymał. Masą rozpędzonej do 30 km/h blachy wbił się w przedni pas jej nowego pick-upa Dodge’a RAM SRT10.
Przednia poduszka gazowa eksploduje bez wahania. Znajdująca się zbyt blisko kierownicy Thelma widzi zbliżające się białe, wypełnione gazem zagrożenie – to coś zniszczy jej makijaż! Bez namysłu wykonuje ruch w lewą stronę, w kierunku bocznej szyby. Rozbija ją uderzeniem szczęki jednocześnie łapiąc w zęby spory kawałek szkła. Powraca na swoje miejsce i tak uzbrojona czeka na poduszkę. Ta dociera w końcu do jej twarzy, ale napotkawszy tkwiące na sztorc w zębach szklane ostrze, rozpruwa się z donośnym „Prrr…!” i pozostawia twarz nietkniętą. Kobieta otwiera puderniczkę i miękkim pędzelkiem usuwa z “linii T” (czoło, nos, podbródek) resztki rozrzuconego przez poduszkę talku. Jest wściekła, bo te cholerne napinacze pasów pogniotły jej garsonkę! Wychodzi z auta i kieruje się w stronę sprawcy. Ktoś za tę garsonkę beknie…
Z raportu policji:
We wczorajszym dniu wtorkowym wczoraj w godzinach popołudniowych w pozornie niegroźnej kolizji parkingowej udział wziął sprawca i poszkodowana. Pikap poszkodowanej odniósł niewielkie obrażenia zderzaka, w wyniku których wybuchnęły przednie poduszki powietrzne. Samochód sprawcy, wraz z półprzytomnym sprawcom, po krótkich poszukiwaniach znaleziony został w pobliskim rowie. Trwają czynności śledcze mające na celu identyfikację wozu sprawcy (stan jego dewastacji jest znaczny) oraz ustalenie faktycznego przebiegu zajścia. Poszkodowana uparcie twierdzi, iż nie ma pojęcia, dlaczego ciało sprawcy wykazuje widoczne ślady duszenia oraz w jaki sposób doszło do zapruszenia ognia w jego wozie. Jedyny świadek zajścia nerwowo potwierdza wersję zdarzeń zgodną z zeznaniami poszkodowanej i, nie wiedzieć czemu, prosi o przyznanie całodobowej ochrony.
Podpisano: młodszy aspirant Koziełło, 9 maja 2007
#33 Śmierdząca sprawa

Z tym samym D., z którym nie tak dawno temu grilowaliśmy na prawym pasie Wisłostrady, wybraliśmy się dzisiaj, proszę ja was, na relaksującą sobotnią przejażdżkę po centrum – potrzebowałem się wyluzować po serii niezbyt łatwych spotkań w Szwecji (acha – wrażenia zza morza opiszę po długim weekendzie).
D. na codzień jeździ sprowadzonym z Holandii Mitsubishi Galantem (dwa zero na fabrycznym gazie), ale na koleżeńskie wożenie bierze nieśmiertelną Tavrię. To leciwy już samochód, którego wszelkie elementy stalowe (od konstrukcji nośnej, przez blachy nadwozia po bagnet kontroli oleju) są pokryte grubą warstwą rdzy, bądź wręcz przerdzewiałe. By zatuszować ten fakt, D. “spimpował” auto wedle własnego pomysłu: białe spray’owe zaprawki karoserii, różowy misiek na kierownicy, gałka zmiany biegów z trupią czaszką a w schowku przed pasażerem plastykowy colt, co to wygląda jak prawdziwa spluwa Charlesa Bronsona.
Ku naszemu zaskoczeniu złapał nas korek na Świętokrzyskiej. Posuwaliśmy się leniwie prawym skrajnym pasem – powoli zbliżaliśmy się do przystanku autobusowego. Środkowym pasem, lekko przed nami, toczył się Chrysler Voyager: nowiutki i totalnie zaciemniony – nawet szyba pasażera czarna była niczym węgiel. Gdyby w środku jechał Jaś Fasola i pokazywał nam “faka”, nic byśmy o tym nie wiedzieli.
Voyager nagle włączył prawy kierunkowskaz i powoli zaczął wciskać się przed nas. Miejsca nie było wystarczająco dużo – od naszego prawego przedniego błotnika dzieliło go raptem kilka centymetrów. D. przezornie zatrąbił. Voyager stanął, majestatycznie się kolebiąc.
Jako, że nasz pas trochę się przeludnił, zrównaliśmy się z nim.
- Patrz, jak ich teraz załatwię – rzekł D., sięgając do schowka przede mną po wspomnianego już colta – zobaczysz, jak się spietrają.
I nie myśląc ani chwili, zaczął dziarsko wymachiwać atrapą – kręcił ją na palcu, pukał nią w szybę i dmuchał jej w lufę. A wszystko to w połączeniu z groźnymi minami kierowanymi w stronę czarnych szyb vana.
- Ty, a jak tam siedzi jakiś schab? – zapytałem. Niestety, zapytałem w złą godzinę…
Czarna szyba pasażera uchyliła się, i z czeluści w światło sobotniego popołudnia wychynął pełen krost, niedogolony i niewiarygodnie wielki ryj encyklopedycznego kafara. Spojrzał pustym wzrokiem na nas – odgadł, żeśmy frajerzy. Spojrzał pustym wzrokiem na colta – odgadł, że to zabawka. Spojrzał pustym wzrokiem na Tavrię – odgadł, że wóz nie jest w stanie wytrzymać nawet trzech jego kopniaków. Potem odwrócił ryja w kierunku niewidocznego dla nas kierowcy i ewidentnie przyjmował jakieś instrukcje.
A to, co stało się potem, trwało zaledwie 25 sekund. Dla lepszego zrozumienia przebiegu zdarzeń, przedstawię to wszystko w treściwych punktach:
1. “Dobra, szefie” – kafar chrapliwym głosem przyjął polecenie kierowcy.
2. Kafar zwrócił ryj w naszym kierunku i przesłał nam obleśnego całusa.
3. Kafar wsunął dłoń pod połę marynarki i coś schwycił.
4. Kafar wyjął spod marynarki coś, co wyglądało na pistolet.
5. D. ujrzał pistolet w dłoni kafara i się zesrał.
6. Ja pociągnąłem kierownicę w swoją stronę i krzyknąłem “Spieprzamy!”
7. D. wcisnął gaz w podłogę i Tavria skoczyła w przód jak dzika.
8. Wybiliśmy się na dość wysokim krawężniku i chwilę lecieliśmy jak ptak.
9. Z donośnym hukiem wylądowaliśmy na kamiennym, przystankowym śmietniku.
10. Jako że śmietnik częściowo wpadł pod nas, przednie koła nie dotykały ziemi i D. mógł przestać już dodawać gazu, bo nie miało to najmniejszego sensu.
11. Voyger zajął nasze miejsce na prawym pasie, a ryj kafara zniknął za czarną szybą.
12. Ze względy na kupę, którą D. zrobił 5 sekund wcześniej, nikt z ludzi oczekujących na przystanku nie kwapił się nam z pomocą.
Wszystko na szczęście dobrze się skończyło – zepchnęliśmy Tavrię ze śmietnika, a ona w podzięce pojechała dalej. Większych szkód, poza niewielką dziurą w podłodze pod moimi stopami oraz nieprzewidywalnym zachowaniem się auta w zakrętach, nie odnotowaliśmy. D. odwiózł mnie do domu i ze skwaszoną miną pojechał do siebie. Ja odetchnąłem głęboko – po raz pierwszy od feralnego zdarzenia – wcześniej oddychać głęboko nie mogłem, ze względu na kupę…
#27 Niedoszły pan drwal
Wzruszyły mnie te wszystkie pozytywne, spontaniczne i kompletnie szczere komentarze w ostatnim i przedostatnim poście. Chyba częściej będę się tak łasił i mizdrzył. No, ale jak to mówią: let’s go to the work! Czas na motoryzacyjną historyjkę…

A zatem… bardzo miło się jedzie trasą Katowicką – to taka namiastka niemieckich autostrad. Wystarczy jechać 130 km/h by być najszybszym. No, oczywiście najszybszym wśród prywaciarzy. Służbowe auta to zupełnie inna liga – przecież się spieszą na spotkanie. Spoko.
#23 Bitte, nicht kic-kicken

M. prosiła, bym ją zabrał do pracy. Czekam więc na Ochocie. Czekam. Czekam… Idzie.
- Szefie, sorkens, takie jazdy mieliśmy w nocy z autem, że jeju!
- Spoko, wsiadaj. Co się stało?
- Normalnie ktoś nam próbował je ukraść! Jakaś pierdoła, bo staranował kilka aut zaparkowanych obok naszego!
- Ukraść? Przecież ten wasz Escort to ma chyba 10 lat…
- No własnie! Wsiadł i chciał wycofać, i tego z tyłu obtarł, a potem wszystkie auta zaparkowane po przeciwnej stronie tej uliczki przytarł i zatrzymał się tam na końcu, na tej latarni.
- Pijany chyba, nie? Przecież to ponad 100 metrów. I wszystko na wstecznym jechał?
- Na wstecznym. I cały czas szorował bokiem po tych autach. Patrz, jeszcze widać.
- A policja?
- Właśnie niedawno wróciliśmy. Gość się mnie pyta, czy na pewno to nie my zrobiliśmy, bo auto było zupełnie zamknięte, zabezpieczone, szyby całe a zamek ponoć (tak na oko zerknęli), nietknięty. Ja mu mówię, że kurcze jak niby ja?! To on, czy mam alibi. To ja pytam, czy to już czas, bym wezwała adwokata?
- Masz adwokata?
- Tak tylko powiedziałam – wiesz, amerykański film. No i spisali moje zeznania i tyle. Teraz T. pojechał z autem do mechanika. Ale wiesz, jak się to nie wyjaśni, to nam z naszego OC wezmą na blacharkę dla tych 12 aut!
- Wiesz, to jeden i ten sam diabeł – czy jedno czy 12 to chyba bez różnicy.
- A to ja mam płacić za jakiegoś pijaka, co się włamał do auta i poorał inne?!
- Jaki pijak by się do auta wczesał nie pozostawiając śladów?
(…)
To było w zeszłym tygodniu. Wczoraj się okazało, że ten Ford Escort sam przejechał cały parking trąc po autach sąsiadów. Zwarcie jakieś było w rozruszniku, a że zaparkowany był na wstecznym i koła miał lekko skręcone, to tak kicał skok po skoku. Najpierw wyjechał (prawie bez muśnięcia) z miejsca parkingowego, potem przylepił się do auta po przeciwnej stronie uliczki i tak kicał w tył. Z auta na auto. Zamiast trzynastego auta była latarnia. Przyparkował bagażnikiem i kicał w miejscu. Gdyby akumulator był nowy, kicałby do rana. Albo, co gorsza, kicałby dalej z latarnią na dachu…













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

