#21 Liść na szkle

Nie wkurzaj pasjonatów dwóch kółek!
Z racji rozpoczęcia sezonu motocyklowego, M. wyjechał na Warszawskie drogi swoim Junakiem. Powiedzieć, że motor jego jest dziś na chodzie, to mocna przesada. Grunt, że jakoś jechał… z naciskiem na jakoś…

Dojeżdżał do świateł, przeciskał się między autami… aż stanął przed zebrą jako pierwszy. Światło się zmieniło, a on stał. Kierowcy trąbili, a on stał. M. chciał jechać, ale Junak nie bardzo. Taki kapryśny „motór”…

Najmocniej hałasował stojący w korku tuż za M. kierowca Wartburga. Trąbił jak opętany, jakby mu się klakson zaciął. M. zostawił nieruchawy motor na podnóżku i spokojnie podszedł do awanturnika.

– Co?! Ślepy jesteś?! Zapalić mi nie chce!! – wydarł się w boczną szybę. Wydarłby się w twarz kierowcy, ale ten w ostatniej chwili zaryglował drzwi. I mimo bliskości M. po swojej lewicy, nadal twardo trąbił gapiąc się tępo przed siebie.

M. puściły nerwy i z otwartej dłoni przywalił w przednią szybę Wartburga. Nie pękła, ale ciepły odcisk dłoni widoczny był na niej przed dobrych kilkadziesiąt sekund. Kierowca przestał oddychać. Przestał też trąbić. Zarówno on, jak i wszyscy za nim…

– Rozwal dziada! – krzyknął szeroki pasażer przejeżdżającego obok Golfa II. M. odprowadził go wzrokiem i ponownie spojrzał w oczy kierowcy Wartburga:
– Jeszcze raz trąbnij tylko! – wycedził przez zęby.

Wsiadł na Junaka, który o dziwo zapalił. Po raz ostatni obejrzał się na awanturnika:
– Zostań!!!

M. odjechał. Wartburg został. Było mu wstyd za kierowcę. Gdy ten wreszcie doszedł do siebie i chciał ruszyć, samochód zgasł. Długo nie odpalał…

#20 A ty, ile kolorów potrafisz nazwać?

Z zewnątrz biały, w środku kolorofon
Czy wiecie, że obecnie sprzedawany Ford Mustang daje kierowcy możliwość wyboru koloru podświetlenia zegarów? W dowolnej chwili możesz kliknąć i kolor się zmienia! A czy wiecie, że kierowca może wybierać ten jeden, wymarzony kolor podświetlanie zegarów spośród 125 dostępnych kolorów podświetlenia zegarów? Ha!

Gdybym miał Forda Mustanga (a nie ukrywam, bardzo chciałbym go mieć), zawsze zastanawiałbym się podczas jazdy lub postoju w korku, na jaki kolor podświetlania zegarów zmienić obecny kolor podświetlania zegarów?

Czy zegary podświetlane właśnie tym kolorem nie wyglądałyby lepiej, gdyby były podświetlane troszkę innym kolorem?

Klik.
– Ryba, jak nazwałabyś ten kolor podświetlania zegarów?
– Ten kolor podświetlania zegarów nazwałabym lawendowo-wapiennym.
Klik.
– A ten kolor podświetlania zegarów?
– Ten… chmmm… burgundowo-łososiowy.
Klik.
– A ten kolor podświetlania?
– To jest bakłażanowo-lniany.
Klik
– A ten kolor?
– Oliwkowo-seledynowy, bez wątpienia.
Klik.
– A ten?
– Miodowo-rzodkiewkowym.
Klik.
– A…
– Przestań!!!

Dzięki Fordowi Mustangowi wiem już, że mężczyzna potrafi nazwać maksymalnie 10 barw. Kobieta potrafi rozpoznać i nazwać 108 barw. *)

*) Badanie przeprowadzone zostało na próbie: jeden mężczyzna i jedna kobieta. Mężczyzna żyje i czuje się dobrze. Kobietę tradycyjnie boli głowa.

#19 Beginner’s luck

Są wozy fartowne i niekoniecznie…
Kupiłem kiedyś samochód – używana Honda Civic Si (3d 1600ccm 125KM). Kupiłem z rana. Wieczorem umówiony byłem z jego poprzednim właścicielem na mały kurs po opony zimowe – miałem je sobie zabrać z jego działki.

Najpierw pojechałem na myjnię. Automatyczną, a co! Wjechałem, wyszedłem na moment by ją uruchomić i szybko wbiegłem z powrotem do auta. Gdy wielka szczota była na dachu, radio załczęło charczeć. Teleskopowa antena, zaginana przez tę szczotę, majestatycznie kreśliła rysę po dachu i drzwiach. Urwałem ją w końcu przez uchylone okno, ale nie wyrobiłem się przed natryskiem, który rozpylał chyba jakiś wosk – nie znam się, ale wnioskowałem tak po trudnej do usunięcia, tłustej naleciałości na twarzy, kierownicy i podsufitce. Spoko. Pierwsze koty za płoty.

Pojechałem do miasta. Słabo w centrum z parkingiem, ciasno – dla bezpieczeństwa złożyłem lusterka. Delikatnie – wszak samochód nie jest nowy. Jak wróciłem, to o lusterkach zapomniałem. Nie chciało mi się już wysiadać, więc rozłożyłem je od środka. Ciężko do lusterka pasażera sięgnąć ręką, ale od czego nogi. Lekki kopniak przez uchyloną szybę i lusterko z chrupnięciem otwiera się, ale jakby za bardzo. Potem odbija się od przedniej szyby i wraca. Spoko. Taśma klejąca utrzyma je w ryzach.

Potem przyszpanowałem autem Juniorowi. Podwiozłem go do metra. Czekał na przejściu na zielone, więc mogłem przed jego nosem strzelić ze sprzęgła i poczernić zebrę z piskiem. Poza czarnymi śladami zostawiłem na przejściu połowę wydechu. Spoko. Civic zyskał bardziej rasowy gang.

Potem jeszcze został mi w ręku malutki suwak od regulacji temperatury (a najgorsze, że wystający metalowy uchwyt nie dał się ręcznie przesunąć i uporczywie trwał po czerwonej, gorącej stronie), nie wiedzieć czemu zapaliła się kontrolka ładowania, a z tylnych łożysk zaczął dobiegać specyficzny szum. Spoko. To używany samochód – czego można oczekiwać…?

Poprzedni właściciel czekał wieczorem w umówionym miejscu. Wsiadł i od razu przeszedł do rzeczy:
– Uuu… strasznie Pan tu grzeje.
Spojrzał na regulację temperatury, a raczej jej brak i znacząco chrząknął.
– Niezły wydech. A ta rysa na dachu i drzwiach również niczego sobie – powiedział. – A opony to przebije pan od razu tam na miejscu, czy rozpruje nożem dopiero w domu? Aha, nie ma Pan przedniego…
– Wiem – przerwałem mu – żarówka się chyba przepaliła.
– Tak, widziałem, ale chciałem powiedzieć, że zgubił Pan gdzieś przedni prawy kierunkowskaz…

Spoko.

#18 The Great Ecological Swindle?

Może tego dymu wcale nie ma? Może to się nam tylko wydaje?
Czy wiecie, że przy obecnej technologii stosowanie w autach napędu wodorowego, mimo jego 100% czystości, jest bardziej wyniszczające dla środowiska, niż standardowa jazda na bezynie / oleju napędowym? Pomimo tego, że auto napędzane wodorem (nie tyle auto, ile prototyp auta, bo chyba nikt jeszcze seryjnie czegoś takiego nie produkuje) wydala z siebie wyłącznie wodę (i to zdatną do picia), wyprodukowanie ilości wodoru potrzebnej do przejechania 100 km jest pierońsko drogie i szkodliwe dla środowiska. Tak bardzo szkodliwe, że mniej zanieczyszcza wyprodukowanie 10 litrów benzyny / oleju napędowego plus wszystkie syfy emitowane przez jadące na tej benzynie auto (łącznie z zostawionymi na drodze okruchami gumy, zużytym na dystansie 100 km olejem i wypalonymi podczas tej podróży papierosami – i to wcale nie light)!

Ale… mimo teraźniejszych trudności ciężko przypuszczać, że w przyszłości dominować będzie inny rodzaj napędu. Przecież wodór jest powszechnie obecny w atmosferze. A zużywające go auta są w stanie rozwiązać problem niedoboru wody w krajach trzeciego świata. Wystarczy tylko zorganizować transfer spalin (czyli właśnie wody) np. do Etiopii.

Przy napędzie wodorowym promowane teraz auta hybrydowe (silnik spalinowy + elektryczny) zdają się być tak zaawansowane, jak lokomotywa parowa z początku XX wieku vs. TGV. Z dostępnych na rynku aut hybrydowych tylko Toyota Prius jest w stanie pokonać jakiśtam (niewielki, to fakt, ale zawsze…) dystans bez zużycia choćby grama benzyny. Tylko ona, podczas delikatnego ruszania, jedzie wyłącznie na silniku elektrycznym. W korku można bezszelestnie sunąć niczym tramwaj. Ani Honda Civic IMA, ani żaden z Lexusów tego nie potrafi.

Ale… niedawno czytałem wnioski z raportu amerykańskich ekologów – ich zdaniem występujące obecnie ocieplenie Ziemi, potocznie zwane efektem cieplarnianym, nie jest niczym nowym w historii naszego globu. To cykliczne zjawisko – ostatnim razem wystąpiło 6000 lat temu i wydatnie wspomogło rozwój rolnictwa.

I człowiek nie jest tu niczemu winien – zdaniem tych ekologów, ludzkość odpowiada zaledwie za 3% (słownie: TRZY PROCENT!!!) gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. 97% emitują wulkany, zwierzęta lub niektóre gleby! Shit!

Nasuwają się dwa pytania:
1) czemu raport ten nie został upowszechniony?
2) czy wobec tego, jakiekolwiek wysiłki związane z dbaniem o środowisko, mają jakikolwiek sens?

Mnie nasuwają się następujące odpowiedzi:
1) raport głosi niepopularne tezy, które stają w opozycji do polityki państw i koncernów. Polityka proekologiczna, corocznie ustalane normy EURO-ileśtam, udział w wyścigu ZLEV (Zero Level Emission Vehicle) itp. sprawy to żyła złota – każde Państwo i każdy koncern wyłoży na to pieniądze. Czemu raportem małej grupy ekologów zabijać tak dochodowy biznes? Poza tym, niełatwo jest kartką (lub nawet kilkunastoma kartkami) zabić kurę znoszącą złote jajka. Nie wierzycie – jedźcie na wieś i palnijcie kuraka z A4…
2) Oczywiście, że mają sens. Zarobione pieniądze trzeba jakoś spożytkować. Lepiej proekologicznie. Choć mnie osobiście to wisi – nie kupię sobie auta z silnikiem beznzynowym 1.0 lub dieselka 1.4 – choćby i miał palić 4l na 100km. Nie, bo nie. Bo życie to również frajda. Jakbym dbał o ekologię, tobym autem bez skarpet i majtek jeździł. Wszak każdy gram wpływa na ilość spalanej benzyny…

#17 Obyśmy mieli co wspominać

Bombay TV
Tym razem trochę o sprawach niezwiązanych z motoryzacją i moimi przemyśleniami z podróży. Ot… chłopaki z forum Nissan Klub zwrócili moją uwagę na jedną z ciekawszych akcji, jakie w życiu widziałem: Bombay TV. Zobaczcie, jak przedstawia się historia mojego bloga w hinduskim anturażu…

Filmik nr1
Tak to się wszystko zaczęło. Czasami o genialnych posunięciach decyduje ślepy los.

Filmik nr2
Gdy pomysł dojrzał w mojej głowie, podzieliłem się nim ze znajomymi.

Filmik nr3
Początkowo tylko ja przejawiałem entuzjazm. Czytelników było jak na lekarstwo. Nawet najbliżsi we mnie wątpili.

Filmik nr4
Zdałem sobie sprawę z faktu, że bez promocji ani rusz. Początkowo nie było łatwo, ale dzięki wrodzonemu wdziękowi zdobywałem tłumy.

Filmik nr5
Blog stał się szybko bardzo poczytny i popularny. Stałem się ważny. Ludzie się liczyli z moim zdaniem. Nawet półświatek zaczął zabiegać o moje względy.

Filmik nr6
Popularność dodawała mi skrzydeł. Publikowałem posty jak szalony. Czytelnictwo rosło. Stałem się klasykiem za życia.

Filmik nr7
Mogłem wszystko. Znałem wszystkich. Byłem lubiany i ceniony. Stało się to, co stać się miało – żyłem w luksusie…

Wszystkim spoko-bloggerom, oraz sobie przede wszystkim, życzę takich właśnie wspomnień na starość.

#16 Motocykle są wszędzie

Wziuuu…
Autostrada do Wrocławia to bardzo elegancka droga – można jechać, ile fabryka dała. Trzymałem się więc uporczywie lewego pasa nieczęsto zerkając we wsteczne lusterko, bo małe są szanse na to, że teraz / nagle / wtem znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mnie wyprzedzić przy 210 km/h.

Nie wiem, jak długo migał, ale w końcu go zauważyłem. Gdzieś daleko za mną, na horyzoncie, widać było motocykl, który wręcz szaleńczo migał długimi światłami (światłem raczej, bo to jednoślad i jednoświatł). Szajbus – pomyślałem. Ma do mnie dobre pół kilometra. Zdążę jeszcze minąć ten konwój Tirów. Ja mijałem, a ten motocyklista nadal utrzymywał się daaaaleko za mną, natrętnie migając światłem. To się zaperzył, imbecyl – pomyślałem, wrzuciłem prawy kierunkowskaz i powoli (choć gwałtowny manewr przy ponad 200 km/h był nęcący, zdecydowałem się jednak wykonać to spokojnie i płynnie) zwalniałem lewy pas.

I wtedy świat się zatrzymał. Dwukropek w zegarku przestał migać. Chmury stanęły w miejscu. Motyl lecący obok szosy zastygł w bezruchu. Przestraszył się biedak nie na żarty – wszak motyle wiszą nieruchomo tylko w szklanych gablotach, przebite szpileczką…

Wtedy to właśnie, nim zmieniłem pas w pełni, z tyłu rozległ się niewiarygodny ryk i… jadący pół kilometra za mną motocykl zniknął przede mną za zakrętem. Wiem, że mnie minął, bo pęd powietrza przestawił lusterko.
Jak szybko jechał? Nie wiem.
Czy w ogóle jechał? Raczej tak, bo niby miał lecieć…?
Czemu tak szybko jechał? Bo się spieszył.
Gdzie się spieszył? Pewnie na obiad.
A co zjadł? Kluski. Leniwe kluski…

#15 Lubię mocno podpieczone

Grille w Biedronce już od 6,99 zł
– Pomożesz mi przewieźć grilla na działkę? Taki wiesz, solidny, żeliwny sukinkot – spytał D.
– Spoko. Podjadę przed południem.
Podjechałem i ledwośmy tego sukinkota wpakowali.
– Jedź tędy, bo tam będzie korek.
Pojechaliśmy tędy. Też był korek. Na domiar złego, tuż za nami ścigało się chyba 3 kierowców białych Citroenów Berlingo – wiecie – koledzy z pracy jadą służbowymi bryczkami. A że bryczki sportowe, to trzeba nawet w korku dociskać i trąbić.
– Robimy im lekcję pokory? – spytał D.
Skinąłem na tak. Wysiedliśmy i z bagażnika wyjęliśmy sukinkota. Wystawiliśmy go tuż za autem, D. wyjął z torby rozpałkę i kiełbaski. Mieliśmy też dwa krzesełka turystyczne, więc rozsiedliśmy się koło paleniska i spokojnie czekaliśmy, aż kiełbaski dojdą.

Dopiero wtedy zrobił się korek, bo… grillowaliśmy na prawym pasie. Nikt nie trąbił – niektórzy tylko pukali się w czoło. A gość z nauki jazdy poprosił… i dostał kawałek kiełbasy. Mistrzów w Berlingo nic to nie nauczyło. Z takimi nie wygrasz. A my, co z tego happeningu mieliśmy? Świadomość, ze kiełbaski były drugiej świeżosci…

#14 W nocy z drugiej na trzecią

Tylko wielkolud może przestawić tak duży zegar
– Kiedy wreszcie naprawisz te hamulce? Nie irytuje cię ta lampka?
– No, chyba w tym tygodniu.
– Zegarki przestaw. Nie dość, że każdy pokazuje co innego, to jeszcze nie są na czas letni przestawione. Długo zamierzasz tak jeździć?
– Rybciu, przestawię, spoko…
– A teraz nie możesz?
– Mogę. A która jest godzina?
Ryba sięgnęła po komórkę.
– Przed drugą.
– A dokładnie?
– 13:54
– Ale to jest letni czas? Kiedy przestawiłaś?
– No właśnie nie przestawiałam. Samo się tak jakoś… Ciekawe, skąd on wiedział?
– Kto, telefon?
– No, skąd wiedział, że dziś trzeba już być na letnim? Jakiś komputer ma, co nie?
– Komputer? Procesor – tak. Chyba…
– I co? Ma tam w pamięci zapisane, że to dziś? Przecież ta data jest ruchoma.
– To może ma zapisane wszystkie te daty do, na przykład, 2020.
– W 2020 to z tego telefonu będą już drzazgi. Po co mu te daty wtedy.
– Ryba, no na wyrost wpisali. Co im szkodzi.
– To na pewno nie jest tak. Nie może mieć ich wpisanych, bo są różne… ustalane różnie… nie dzień miesiąca się liczy, a to, żeby zmiana była w weekend.
– Rybciu, to może zadzwonił?
– Kiedy zadzwonił?
– No w nocy.
– A gdzie?
– Do zegarynki w nocy zadzwonił. Może dzwonić – przecież to telefon, co nie?
– No, mógł…

#13 Wszystko da się policzyć

Policz trybiki na załączonym obrazku
Zastanawiałem się, ile razy już w moim aucie zmieniłem bieg. W sumie. Od listopada 2001. Tak orientacyjnie.

Od tygodnia podczas porannej podróży do pracy zapisuję wszystkie zmiany biegów (tak to było na przykład w piątek szesnastego: 0120# 1234320# 12120# 1230# 120# 1# 12340# 123430# 1230# 121234520# 1230# 1230# 1230# 12343234540# 123454345454450# 12345432320#, gdzie 0 to luz, 1-5 to biegi a # to postój).

W zeszłym tygodniu na odcinku 25 km zmieniałem biegi średnio 90 razy. Przez 65 miesięcy pokonałem 110 000 km. Jeśli podzielimy i pomnożymy te powyższe liczby odpowiednio jak trzeba, wyjedzie, że od początku użytkowania Almery zmieniłem biegi już prawie 400 000 razy!!! Daje to średnią miesięczną na poziomie 6150 zmian. Około 4 zmiany biegów na kilometr.

Jeżdżąc intensywniej, spokojnie można np. przez 8 lat użytkowania auta wykonać milionowy ruch skrzynią biegów. I prawdopodobnie nadal będzie ona działać.

Wyliczyłem to, bo ostatnio przeglądałem motoryzacyjne fora dyskusyjne, gdzie użytkownicy aut różnej maści wiecznie są niezadowoleni z działania jakiegoś mechanizmu. A to skrzynia haczy, a to kierownica drży, a to wnętrze skrzypi, itp. Co ma nie haczyć, co ma nie drgać, co ma nie skrzypieć – auta użytkowane są w ekstremalnych warunkach (dziury, sól, stłuczki) a użytkownicy nie zawsze wiedzą, jak o nie dbać. Dotknijcie milion razy wypielęgnowaną dłonią kamiennej kulki – nawet na niej będzie znać ślady zużycia.

Zastanawiam się nad rozpoczęciem kolejnych projektów badawczych:
(1) jaka jest suma wszystkich ograniczeń prędkości na trasie dom-praca-dom? Może się okazać, że w przeciągu roku człowiek obcuje z liczbą bliską nieskończoności;
(2) ile obrotów robi koło na kilometr? Można podejść do tego matematycznie (1000m podzielić przez obwód opony) ale ja wolę empirykę – wcisnę kamień w bieżnik i będę liczył stuki;
(3) czy interwały pomiędzy mrugnięciem kierunkowskazu, przejściem wycieraczki na najwolniejszym biegu a załączaniem się wentylatora chłodnicy w lecie dzielą się przez siebie bez reszty?

#12 Nigdy o tym nie myśl

Dzwon jak ta lala
Jedna z głupszych rzeczy, jakie można robić podczas jazdy samochodem, to rozmyślanie o wypadkach drogowych. Starałem się jak mogłem, ale bez rezultatu. Wypadki powracały…

Kiedyś za młodu (miałem chyba ze 4 lata) jechałem z rodzicami Trabantem. Na dużym skrzyżowaniu przywalił nam z boku, dokładnie w przednie koło Maluch. Dachowaliśmy kilkakrotnie, a ja nawet przebiłem głową tylną szybę i do połowy wisiałem podczas tych akrobacji za autem. Milicjant, który akurat był w pobliżu niedopuszczał do auta przechodniów mówiąc, że na pewno nikt nie przeżył. Okazało się, że mamie nic, ja wybiłem sobie zęba i skaleczyłem głowę a tata nadciągnął nadgarstki od kurczowego trzymania kierownicy.

Kilka lat temu w nocy (migały żółte) z podporządkowanej wyskoczyła mi biała Corsa. Prawie zdążyła – strzeliłem ją w lewe przednie koło. Zarzuciło ją i na jej nieszczęście z naprzeciwka jadący samochód wpadł jej w drzwi kierowcy. Na moje z kolei nieszczęście w moje drzwi (po tym jak obróciło mnie o 90 stopni) wczesał się taksówkarz. Pamiętam, jak zaraz po obrocie auta spojrzałem w boczną szybę i z przerażeniem obserwowałem, jak rozpędzony do 60 km/h biały Peugeot 405 na zblokowanych Dębicach z szumem jedzie mi prosto w miednicę. Na szczęście (wiem, to wykroczenie) jechałem bez pasów, więc rzuciłem się na siedzącą obok Rybę. Taksówkarz zrobił, co miał do zrobienia, mnie odrzuciło z powrotem na miejsce i strzeliłem głową w boczną szybę… to znaczy strzeliłbym, gdyby jeszcze była. Nikomu nic się nie stało (8 osób brało udział w wypadku) – tylko Rybę zabrali na 30 minut do szpitala i wróciła w kołnierzu, który zaraz zdjęła, bo ja drapał. A Ford Escort rodziców też był podrapany. Podrapany w sam raz do kasacji…