#97 Zimowe atrakcje

4 lat temu noworoczne święta spędzaliśmy w Szczyrku. Wieczorem, gdy wracaliśmy ze Skrzycznego z deskami przypiętymi na dachu, coś nagle chrupnęło.
- Zapisz się Pios na masaż – przyżartowałem.
- Sam się zapisz. Albo lepiej na jogging, bo twoja deska się zsunęła.
Hamowanie na lodzie ukrytym pod śniegiem to łatwizna, więc… już 64 metry dalej auto stało do połowy zakopane w przydrożnej zaspie, a ja asekuranckim i antypoślizgowym truchtem biegłem w kierunku upadłego snowboardu. Na miejsce dotarłem góra minutę po zdarzeniu, ale deski już nie było. Był jej ślad wygnieciony w śniegu, były odciski licznych butów i ledwo słyszalny chichot z pobliskich krzaków.
- Uciekaj, to Trolle! – krzyknął Pios z auta.
Uciekłem. I już sobie potem nie pojeździłem. Deskę co prawda odzyskałem później na stołecznej giełdzie narciarskiej (jakiś miły Pan ją tam przyniósł i chciał mi okazyjnie sprzedać), ale niesmak pozostał. Oby w tym roku to się nie powtórzyło…
3 lata temu przez całe noworoczne święta samochód stał na hotelowym parkingu pod Pilskiem, totalnie zasypany śniegiem. Tak bardzo był tym śniegiem zasypany, że najpierw przez pomyłkę odśnieżyłem słup, mechanizm i fragment bramy, później zestaw ekologicznych segregatorów na śmieci, by w końcu za trzecim podejściem odnaleźć Almerę w pewnej niepozornej muldzie. Pierwotnie myślałem, że pod tymi zwałami śniegu kryje się zapas drewna – szczególnie, że niewielki brykiecik spod śniegu wystawał – ale ostatecznie był tam mój samochód. Z tym brykiecikiem elegancko na dachu leżącym. A żeby brykiecik się nie zsunął podczas jazdy, ktoś życzliwy wycisnął pod nim idealnie dopasowane wgłębienie. Do dziś po deszczu na dachu mi się kałuża tworzy… Odśnieżanie poszło gładko, gorzej z odlodzeniem. Z szyb zdejmowałem lód jeszcze kulturalnie i z czuciem, ale jak przyszło do świateł, to… rąbnąłem krawędzią szczotki i… lód odpadł. Lód, kawałek reflektora i połać czarnego lakieru ze zderzaka wielkości dłoni. Oby w tym roku to się nie powtórzyło…
2 lata temu jadać powolutku w korku za węglarką wpadłem oboma prawymi kołami w dziurę. Dziurę? Krater chyba, bo obie prawe opony z bólu się skurczyły, zmełły a jedna nawet z felgi na półośkę częściowo zeszła. Pan wulkanizator był miły acz powolny. Najważniejsze, że 4 godziny później byliśmy dalej w trasie. Po lewej stronie zimówki, po prawej używane opony letnie – trochę cieńsze i z bąblami. Pewną niewygodą było pokonywanie zakrętów – w lewych nie warto było przesadzać. Ale z nawiązka te niedogodności kompensowały atrakcje podczas hamowania na śniegu – auto tak uroczo się kręciło bączki w prawo…! Nie wiem, jak było naprawdę, bo przy 5G zemdlałem, lecz Ryba twierdzi, że wirówka doszła do 7G, kiedy to brutalnie zatrzymała nas miękka mulda. Takie przeżycia trzeba kolekcjonować, by mieć co potem wnukom opowiadać. Jednak w tym roku wolałbym, by to się już nie powtórzyło…
Rok temu na wąskiej i kompletnie zaśnieżonej drodze we wsi Ząb (to bodajże najwyżej położona wieś w Polsce) grzałem z Rybą 60 km/h z kwaterki do pobliskiego sklepu. Kto mógł przypuszczać, że w chwili gdy przednie prawe koło wypadnie poza niewidoczny spod śniegu asfalt, to już się go nie da (tego koła i całego auta) na drogę ponownie wciągnąć. Kto mógł również przypuszczać, że wytracenie prędkości z 60 km/h w kopnym śniegu potrwa tak krótko (zdecydowanie za krótko, byśmy zdążyli odstawić kawę do cup holderów, więc odstawiła się sama na radioodtwarzacz, nasze kolana i buty). A już na pewno nikt nie mógł przewidzieć tego, że ilość śniegu, która podczas tego sniegowania (?) zasypie auto, nie pozwoli nam się z niego normalnie wydostać. Od tamtej pory zawsze mam przy sobie śrubokręt krzyżakowy – bez niego nie zdemontowalibyśmy “ciężarowej” kraty i nie wydostali się przez bagażnik. Koniec końcem, z odsieczą przybyli współlokatorzy z Daewoo Tico. Związaliśmy przedni amortyzator Tico z tylnym zaczepem holowniczym Almery. Tico niespecjalnie sobie radziło, dopóki jego kierowca nie wpadł na pomysł wyszarpania nas ze śniegu. Używszy całej brutalnej siły 41 koni mechanicznych, z rozpędu szarpnął na wstecznym… i pojechał lekko skrzywiony, zostawiając na śniegu swój przedni amortyzator oraz kilka gumowych elementów, które spłoszone i zaskoczone takim obrotem sytuacji błyskawicznie ukryły się w śniegu. W końcu pomógł nam kierowca pługa – fajny chłop – szkoda tylko, że przyjechał, gdy już dniało… Oby w tym roku to się nie powtórzyło…
Czy istnieje coś takiego jako limit nieoczekiwanych zdarzeń? Czy złe fatum kiedyś się kończy? Czy siedząc w domu można pecha uniknąć?
- Masz ubezpieczenie na Francję? – tym pytanie Ryba przerwała mi wewnętrzne dywagacje.
- Mam.
- To git. Bo w tym roku do Trzech Dolin uderzamy. Kupiłam już słownik polsko-francuski.
Super. Przecież sam nie wymyślę, jak po francusku zapytać: “Czy mógłby Pan, przy użyciu tego pługa, pomóc mi odnaleźć pakunki, które podczas poślizgu na tej alpejskiej serpentynie prawdopodobnie spadły w tamtą przepaść?”.
Jak niektórzy pewnie zauważyli, powyższy post pochodzi ze środowego (05/12/2007) specjalnego dodatku do gazety Metro – Metroblox. Trochę się jednak różni detalami – po prostu jest to tzw. wersja reżyserska. W Metrze poszło ze skrótami, bo “gazeta nie jest z gumy”, jak nam wielokrotnie powtarzano.
Tutaj jest pełne wydanie Metroblox do pobrania w pliku PDF (uwaga, bo ciżęki – aż 6,56 MB). Gdyby coś nie działało, walcie prosto na MediaFun – może tam będzie łatwiej to zassać. A dla ciekawskich: na Polskim Bloggerze mini-dyskusja o całym metrobloxowym projekcie.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Zauważyłem literówke, ale nie, żebym sie czepiał :)
@Ostry: Dokładnie takich czytelników każdy bloger chciałby mieć: dokładnych, skrupulatnych, drobiazgowych wręcz. Pewnie Twój nos podczas czytania delikatnie muskał ekran? :)
Takie teksty to ja od rana lubie czytac … az sie czlowiekowi weselej robi :) nie zebym sie smial z cudzego nieszczescia …
Mało się nie posikałem…Ale raz nie było mi do śmiechu.
Wracaliśmy zimą z pewnej motorowej imprezy na południu Polski. Noc, auto bez radia bo przecież to zbędny balast w prawie rajdówce. A że droga daleka, a cisza wrogiem kierowcy rajdowego to loża szyderców na pełnych obrotach. Skupiliśmy się na pewnym aktorze i jego rolach. A to że pieniek w Krzyżakach, że błoto w które Kmicic padał szablą cięty…i wiele innych oskarowych ról. I nagle trach…
Zagrał nam dziurę wielkości stolika do brydża w asfalcie. A my: wymiana dwóch kół, klepanie felgi lewarkiem i trzysta złotych mandatu za 132 metrowy drift na kolcu szwedzkim po “katowickiej”. Ach i ostatnie 60 kilometrów w kompletnym milczeniu. Koszmar.
Gratuluje spadjącej deski z dachu… ja ostatnio jechalem obwodnicą 3miasta, jechalem jakies dobre 150 i przedmna koles avensisem zapierdzielal chyba 170 i oczywiscie rowery na dachu … i co … i spadl jeden … dobrze ze mialem pas obok wolny i ze nie jechalem mu na zderzaku … niewiele chyba z tego roweru zostalo bo zaliczyl kilka koziołkow… generalnie ludzie jak wieziecie cos na dachu to to zamontujcie porzadnie i jechac wiecej niz 110!
@Andrew: No jak koleś grzał 170, a ty 150 to raczej to ,,siedzenie na zderzaku” by Ci ciężko przyszło ;)
primo: jak by mu jechał na zderzaku, to by jechał równo z nim
secundo: jadę sobie dzisiaj do szkółki. godzina około 9:10 rano. Jadę z Tychów w kierunku Katowic. Mijam Wzgórze Wandy dojeżdżam do przystanku autobusowego a tam przed przystankiem trójkąt, za przystankiem prostopadle do drogi i wtulony w zbocze górki stoi Spark, czy też inny Matrix. Jadę sobie spokojnie dalej lewym pasem a tu już za wiaduktem jakieś szczątki ( chyba trójkąta bo czerwone i odblaskowe ) wraz z towarzyszącymi rozsypanymi połaciami gleby z lewego pobocza. zauważyłem taki maluteńki znaczek nakaz jazdy z prawej strony znaku postawiony na środku drogi i szereg pachołków za nim. Kawałek dalej na lewym pasie stały samochody. Trzy lub cztery sztuki. Jak bym nie jechał 80 km/h tylko więcej ( ludzie tam jeżdżą po 150+ ) to bym raczej ciekawie samochód załatwił.