#268 Jestem parówką

Ostatnie dni były dla mnie trudne – przeglądałem nadsyłane oferty (dzięki dzięki!), dzwoniłem, pytałem, rzucałem słuchawką. Albo się podniecałem i jeździłem na oględziny, z których wracałem cały umorusany we wściekłej pianie. I pomyślałem sobie, że do tego bagna zwanego „polskim rynkiem tanich używanych BMW” nie mogę podchodzić na poważnie, bo się przekręcę przed Gwiazdką.

Prawie każdy z Was kiedyś szukał sobie auta używanego. Wielu korzystało z pomocy znajomych i kolegów. Tylko kilku chciało mieć wóz popularny wśród młodzieży i napaleńców. Nikt natomiast, tego jestem pewien, nie był w poszukiwaniach wspierany przez rzeszę kilkudziesięciu tysięcy Szwagrów. Pozwólcie zatem, że przytoczę kilka historii na temat tego, jak wygląda poszukiwanie auta z punktu widzenia prawdziwego turbo celebryty. I jak taki turbo celebryta kompletnie się do tego nie nadaje.

Zalew ofert

Od chwili, gdy ujawniłem kryteria poszukiwanego auta odebrałem maile z ofertami dokładnie od 412 osób. Z każdym z Was wymieniłem się krótką korespondencją – albo podziękowałem, albo pokrótce opisałem oferty, albo zrugałem za ich beznadziejny dobór ;) – koniec końców liczba wysłanych i odebranych maili przekroczyła tysiąc.

Jak przystało na kogoś, kto wychodząc do osiedlowego sklepu musi mieć na kartce napisane: chleb, bułki i ser żółty, bo inaczej zapomni o chlebie albo o serze, albo o bułkach, albo wróci do domu z wodą i masłem – absolutnie nadsyłanych ofert nie katalogowałem, nie spisywałem, nijak ich nie oznaczałem. Jedynym wyznacznikiem tego, że już jakąś ofertę przerabiałem, była pamięć ostatnich wybieranych numerów w moim telefonie. Która to pewnego dnia po prostu się wykasowała, bo grubaśnym kciukiem kliknąłem w nie to co trzeba.

Już Pan dzwonił

– Jestem dziennikarzem motoryzacyjnym i współpracuję z BMW Polska. Samochód który kupię, muszę najpierw zaprowadzić do…
– Już pan dzwonił.
– I na czym stanęło?
– To Pan nie pamięta?
– Wie Pan, setki telefonów…
– Na tym, proszę Pana, że ja czasu na ASO nie mam.

Takich rozmów odbyłem w ostatnim tygodniu najwięcej. Coś koło trzydziestu. A wiecie, że już po dziesiątej człowiek przywyka do tego, że traktowany jest jak debil? Szkoła charakteru, dziś już nic mnie nie rusza.

Gdybym jutro wylądował w kompletnej dziczy, najpierw zrobiłbym sobie kurtkę z martwego wielbłąda, potem zjadłbym ścierwo jakiejś wielkiej jak kij bejsbolowy larwy a na koniec zmusiłbym do wymiotów samego Beara Gryllsa – pokazując mu zdjęcia aut, które oglądałem.

Ideał. To znaczy tylny błotnik był…

Nie zawsze zaczynam rozmowę od dziennikarskiej formułki, czasami jadę standardem: czy ogłoszenie jest aktualne, w jakim stanie jest auto, jak wygląda kwestia dokumentów – takie tam duperele.

Ale handlarze je uwielbiają! Po pierwszym niechętnym „Tak słucham” ożywiają się. Czuję, jak się śmieją a z mojej słuchawki wycieka ich endorfina. Mnie też się nastrój udziela – wstaję, podchodzę do okna i ponury jesienny świat rozbłyska feerią barw. A wszystkie parkujące w zasięgu wzroku auta zamieniają się w pięknie wypolerowane BMW E46 z chińskimi ringami i lekko źle spasowanym przodem.

– Jest w doskonałym stanie. To ideał. Ściągałem go dla siebie, nie na handel – ale święta idą / żonie się kolor nie podoba / syn będzie miał operację / szukam czegoś większego (niepotrzebne skreślić, choć w sumie są i tacy, którzy strzelają wszystkimi tak zwanymi „szlagwortami badylarza” na raz).
– A blacharka?
– Idealna.
– Ale niech Pan szczerze powie – szpachla, malowany, gnije?
– Ależ skąd! Panie, to ideał.

I wtedy, sam nie wiem czemu, nachodzi mnie chęć zaszpanowania i wspominam o współpracy z BMW Polska, i o konieczności odwiedzenia ASO przed zakupem. I nagle okazuje się, że gość się pomylił, że zupełnie inne auto mi opisywał. To znaczy identyczne, ale jednak inne. Takie samo, ale różne.

– To znaczy z tyłu coś tam było, ja to nie wiem, chyba lekkie uderzenie – klapa jest malowana i światła nowe. Maska z przodu też jest albo nowa, albo pomalowana, i nadkole. Ale poduchy nie strzeliły, na bank.

Zastanawiam się, czy mógłbym powiedzieć jeszcze coś innego, coś jeszcze bardziej skłaniającego do wynurzeń niż ten oklepany tekst o dziennikarzu i współpracy. Hmmm…. może mógłbym udawać, że chcę przyjechać i poprosić go o zapisanie do mnie numeru – że niby gdyby sprzedał chwilę przed moim przyjazdem, to niech zadzwoni, bym się na darmo nie tłukł?

– Ma pan na czym pisać? – spytałbym.
– Tak, proszę dyktować.
– To niech Pan pisze: 555 55 55. Zapisał Pan?
– Tak.
– To jest numer do mnie na komendę. Gdyby auto się sprzedało proszę zadzwonić i poprosić, by mnie zawiadomili na krótkofalówkę – nazywam się starszy sierżant Rafał Cośtam.

A potem na koniec bym jeszcze raz zapytał, czy na 100% auto nie miało wypadku i jest takim ideałem, jak wcześniej twierdził. Ciekawe, czego bym się wtedy dowiedział? Że zaraz po ściągnięciu wymienił przednią szybę, bo spod TIRa mu kamień wystrzelił? Że teraz nie może sprzedać, bo jeszcze nie ma kompletu dokumentów, ale niemiecki brief będzie już pojutrze? Muszę kiedyś zagrać tym sierżantem…

Nic Pan w ASO nie znajdziesz, to lalka z Niemiec

– Niech mi Pan powie, czy warto tłuc się z Warszawy do Pana?
– Jak Pan przyjedziesz, to Pan kupisz. W ASO nic nie znajdą, ja wiem co sprzedaję.

– Panie Rafale – usłyszałem w krakowskim ASO, gdy po 2 godzinach luźnych i wypełnionych żartami oględzin usiedliśmy przy kawie. – Co ja mogę Panu powiedzieć, czego Pan nie wie?
– Nic – uśmiechnąłem się. – Piękny rodzyn, prawda?
– Dawno takiego nie widziałem. Szpachlowany był chyba nogami.

Spojrzałem na raport z pomiarów grubości lakieru.
– Nie ma ani jednego elementu w oryginale, prawda?
– No, rzadko się aż taka plastelina zdarza.
Przytaknąłem, bo też byłem w szoku.
– Ale się zdarzają, czasami gorsze – pocieszył mnie człowiek z ASO. – Choć muszę przyznać, że pierwszy raz widzę auto, w którym blacharz tak się pomylił i zamontował dwie różne nakładki progowe…

Odstawiliśmy auto pod koniec dnia. To był komis – usiadłem więc w „biurze” i spojrzałem na właściciela. Tego samego, który jeszcze dzień wcześniej szarmancko rozsiewał zwroty w stylu „lalka z Niemiec” i „naprawdę ideał”.

– Niech mi Pan powie, po co ja się tu tłukłem? – spytałem wprost.
– A co się stało?
– To auto jest zgniłe. Podwozie w agonii, oryginalny lakier tylko w komorze silnika, masy bitumicznej pod spodem więcej niż dziur w tapicerce.
– To szukaj Pan sobie dalej.
– Ale po cholerę mi Pan dupę zawracał i z Warszawy mnie tu ciągnął?
– Panie, Panie – komisant wstał, więc i ja wstałem – to jest dobre auto! Dziś pięć osób w jego sprawie dzwoniło. Ja je na dniach sprzedam. I wiesz Pan co – złotówki nie spuszczę, a i tak klient (a w zasadzie klyent – przyp. mój) będzie zadowolony.

A to raczej nie…

– Wie Pan – mówię energicznie gdy czuję, że sprzedawca ma czas i jest w miarę młodym gościem – bo szukam czegoś, żeby po torze czasami pojeździć.
– No to ideał jest! Ten silnik się tak zbiera, że naprawdę można pociskać.
– Ale prosto jeździ?
– Po sznurku. Nic nie bije, nie stuka, nie ściąga. Jak inaczej ma jeździć bezwypadkowe?!
– A hamulce?
– Jeździł Pan już kiedyś jakimś BMW?
– No.
– No to Pan wie, że są naprawdę ostre.
– Kurcze, chyba się skuszę. Ma Pan wieczorem czas, bym podjechał i zobaczył.
– Oczywiście. Zrobimy sobie jazdę próbną. Ja złomu nie ściągam, wiem że ludzie kupują BMW do szybszej jazdy, nie chcę mieć nikogo na sumieniu.

I wtedy nie wytrzymuję i zaczynam się chwalić znajomościami.
– Ble ble ble… dziennikarz… ble ble ble… BMW Polska… ble ble ble… chcę go do ASO na swój koszt zabrać.

Wtedy sprzedawca na ogół wyjeżdża z różnymi stękaniami w stylu „nobo” oraz „naczysie” i zupełnie nie potrafi się wyartykułować.

– Ale szczerze, no niech Pan powie – coś jest na rzeczy, prawda? Z wieloma już rozmawiałem i wiem jak sprawy wyglądają – czasami w aucie jest fragment przystanku, czasami barierka z autostrady, czasami tylny pas jakiejś taksówki…
– No nie, tutaj aż tak to nie ma…
– To jak z tym ASO?
– No raczej nie…

Nie drążę już – co mi po tym, że się dowiem o wymianie całego przodu? I tak zawsze takiej informacji towarzyszą przysłówki w stylu: leciutko i powierzchownie, oraz litania sformułowań: draśnięcie „a nie szczał”, przelakierowałem całość, trochę z boku odstaje.

Inna rasa ludzka

Handlarze to ludzie, ale jakby zupełnie innej rasy. Z wyglądu podobni do nas, ale inaczej wyewoluowali. Rasowym handlarzem nie można się stać nagle – oni się rodzą z małżeństw handlarskich, które się wywodzą z rodzin handlarskich, które przodków handlarzy mają kilka pokoleń wstecz.

Gdyby wyjąć mózg handlarza, ten różniłby się znacząco od naszego. Obszar odpowiedzialny za poczucie obciachu jest w zaniku. Fałdę, która wpędza w poczucie winy po tym, jak się z kogoś zrobi debila, stracili dwa pokolenia temu.

Półkule potrafią dynamicznie się złączać i rozłączać – w zależności od potrzeb. Gdy po robocie wracają do domu – jest wszystko w normie. Gdy odbierają telefon w sprawie auta, lewa półkula natychmiast odłącza się od prawej i mózg, w sposób kompletnie nieskoordynowany, wypluwa przez usta różne absurdy.

Handlarza z pierwszego pokolenia łatwo wyczaić – wystarczy wspomnieć o wizycie w ASO, a zaczyna się gubić. Zgadza się, ale jednocześnie puszcza farbę. I co ciekawe, impulsy nagle zaczynają mu przeskakiwać z jednej półkuli na drugą. Nagle wraca mu pamięć i.. O! Przecież robiłem cały bok. I dach był poprawiany.

Handlarza z dziada pradziada nie zagniesz – on wyewoluował już w pełni, jest istotą doskonałą. Niczym obcy z Nostromo – świadomy swej żrącej krwi nie boi się nikogo i niczego. Albo niczym Sly, co skoczył ze skały na drzewo i bez pękania sobie na żywca ranę zszył. Albo niczym ten grubawy gościu z reklamówki Warszawy, co bez obciachu paraduje w dresach z Biedronki ukazując przechodniom swój poranny mikro wzwód.

Półkule handlowca pracują niezależnie – są nieświadome siebie nawzajem. Usta wypluwają wyuczone strofy. Oko ani mrugnie. Głos ani zadrży. Mowa ciała godna Tymochowicza. Szczerość spojrzenia jak u Kaszpirowskiego. Niezłomność jak u Grzegorza Laty (wkrótce: Grzegorza L.). Prawdziwa maszyna do kłamania. Budzi szacunek.

Czasami jestem bezbronny

Z osobami sprzedającymi prywatnie – bo też tacy są, to niewiarygodne! – można normalnie porozmawiać. Oględziny ich aut są przyjemnością – co nie znaczy, że auta budzą równie pozytywne uczucia. Ale chały nie ma i powrót do domu przebiega w spokoju – jadę i słucham radia, nie klnę i nie mam ochoty urwać łba każdemu sprzedawcy na każdej stacji.

Z handlarzami, których ewolucja jeszcze w pełni nie uformowała, też można dojść do ładu – jak nie powoływanie się na współpracę z BMW, to litościwy tekst o wożeniu małego dziecka zawsze ich rozkleja – i zaczynają sypać.

Z handlarzami wyewoluowanymi, tymi o brązowej, pachnącej kupą krwi nie potrafię sobie na razie poradzić. Gdy dzwonię to po 20 sekundach wiem, że mam z nimi do czynienia – ale presja czasowa nie pozwala mi olewać ich ofert.

Odkładam słuchawkę i mam świadomość, że jeśli pojadę na oględziny to zrobię z siebie totalną parówkę. Ale jadę. I będę jeździł, dopóki auta nie kupię.

Jadę i robię z siebie totalną parówkę.

Wracając przystaję na hot doga i jem go w aucie. Gdy go kończę, bułka pęka i zgromadzony na dnie majonez z musztardą i keczupem tryska mi wprost na brzucho. Wzdycham i nie sprzątam – wszak jestem parówką i taki dressing tylko dodaje mi uroku.

107 komentarzy

  1. Interesujący tekst. Duże brawa dla autora ;). Podeślę linka do tej stronki przyjaciołom, jestem pewien, że też powinni ją polubić. Liczmy na to, że takie witryny bez przeszkód będą istniały w sieci pomimo zgodzenia się na ACTA przez rząd. Wciąż nie możemy być pewni jak to będzie funkcjonować. Myślę, że będę odwiedzać tego bloga w przyszłości. Życzę sukcesów ! – Włodzimierz Gorski

  2. Co się tak prężycie? Przecież to jest napisane tylko po to by to sobie poczytać i pośmiać się a nie brać na poważnie. Nikt rozsądny nie szukałby na poważnie E46 w dobrym stanie na siłę koniecznie do max 15000 zł. :-D

    Jeżeli już chcecie kupić jak najtaniej (każdy chce) ale w miarę z głową to może stworzyć jakieś miejsce w internecie gdzie każdy mógłby wpisać jakie koszty poniósł na jeżdżenie i szukanie konkretnego modelu zanim znalazł auto z w miarę dobrym (zadowalającym) stanie i po prostu dodać tą sumę do max ceny auta jakiego szukamy. Zaoszczędzimy dużo czasu i nerwów na znalezienie naprawdę sprawnego auta a średnia kosztów od wielu osób może nam dać wiarygodny wynik.

  3. Myślę, że wpisy takie jak te są kompletnie pozbawione sensu, a cześć czytelników to moim zdaniem właśnie cała rzesza takich szwagrów, którzy uważają że TYLKO oni mają z całą pewnością auto bezwypadkowe i dali by sobie uciąć prawą dłoń, że tak właśnie jest. Dodatkowo mają tak charakterystyczną cechę dla Polaków czyli bycie ekspertem we wszystkim – „sąsiad kupił nowe auto?? eee pewnie bite, nie tak jak moje, ja czytałem internety to bym sobie kitu nie dał wcisnąć”

    A tak naprawdę rozwiązanie waszej fobii związanej z autami „po przejściach” i właściwie pozbawienie sensu istnienia całej gromady witryn o nich traktujących jest bardzo proste.
    Wystarczy znaleźć forum fanklubu modelu auta które was interesuje(zapewniam, że są ich tysiące i z pewnością znajdziecie wasz model), poszukać na nim działu giełda i voila – gotowe!
    Większość użytkowników takich for ma swój własny temat w całości poświęcony ich pojazdowi, w którym możemy przeczytać prawie całą jego historie.
    Dodatkowo auta są zadbane i z dobrych rąk, bo ktoś kto kupuje auto wyłącznie do przemieszczania się z punktu A do punktu B nie będzie zawracał sobie głowy jakimiś głupimi grupami dyskusyjnymi.
    Użytkownicy to najczęściej pasjonaci modelu którzy nierzadko dbają o swój samochód lepiej jak o żonę. I nie są to słowa rzucone na wiatr – sam jeżdżę już trzecim autem zakupionym w taki sposób i gorąco wszystkim polecam.

  4. @danielsiespieszy haha, mógłbym Ci podać tuzin przykładów kiedy „zadbana, wychuchana fura od pasjonata” z forum marki X okazała się potwornym ulepem. Czasem komentował tu niejaki Denek, może dalej czyta, może Ci opowie o swoim saabie 9-3 kupionym z forum. Problem z tymi autami jest taki że Ci pasjonaci to tacy sami ludzie jak inni, nikt nie lubi przyznawać się do porażek. Pewnie że ryzyko jest mniejsze niż od handlarza, ale nie można kupować na pałe takich aut, tak samo trzeba je sprawdzić jak auto z komisu i tak samo można się naciąć.

  5. wiesz co ty zrob idzi i wyczysc swoj oblesny brzuch z ketchupu i z tego majonezu…a jak nie ogarniasz pisania i jedzenia, to lepiej najpierw zjedz i posprzataj po sobie :D bo robisz wizerunek brudnej lajzy co tylko umie olej sprawdzic :D
    \

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *